piątek 20 lutego 2009 22:02
Cezary Michalski w rozmowie z Michałem Cichym
Wojna pokoleń przy użyciu "cyngli"
Michał Cichy portretuje "Gazetę Wyborczą" oraz Adama Michnika i Helenę Łuczywo z perspektywy zarówno własnej fascynacji, jak i rozczarowania. Mówi o realnej charyzmie najważniejszych postaci "Gazety Wyborczej", ale też o ich fobiach i popełnianych przez nich błędach. Momentem kluczowym dla zrozumienia motywacji, strategii i lęków tego środowiska jest - zdaniem Cichego - trauma Marca 1968.
Najgorszy możliwy moment dla kształtowania się pokoleniowej wrażliwości: antysemicka nagonka administrowana przez komunistyczne władze, na którą różne grupy społeczne różnie reagują. Czasem solidaryzując się z ofiarami, czasem wręcz przeciwnie. Ponieważ Adama Michnika i Helenę Łuczywo ukształtował Marzec, stąd też - jak powtarza Cichy - trudno się po nich spodziewać nadmiaru wrażliwości czy zrozumienia dla innych pokoleniowych doświadczeń. A to z kolei tłumaczy wyniszczający konflikt, jaki w latach 90. wybucha między "Gazetą Wyborczą" a tą częścią pokolenia stanu wojennego, która szanując doświadczenie Marca, próbowała na Michniku wymusić także szacunek dla własnej politycznej traumy. Darowałaby redaktorowi "Wyborczej" polityczne negocjacje z postkomunistami, ale nie mogła mu darować specyficznego emocjonalnego naddatku w kontaktach z Jaruzelskim, Kiszczakiem czy Urbanem. W tym pokoleniowym konflikcie zamiast argumentów zaczęto wymieniać epitety. A dziennikarzy zastąpili - jak ich nazywa Cichy - "cyngle".
Cezary Michalski: Nie trafił pan do "Gazety Wyborczej" ze środowisk postkomunistycznych czy lewicowych, żeby krzewić historyczny kompromis w obronie własnych interesów biograficznych czy fascynacji ideowych.
Michał Cichy*: Oczywiście, że nie. To w ogóle nie był klucz naboru do "Wyborczej". Wręcz przeciwnie - takimi kluczami były "Tygodnik Mazowsze", opozycja... A moje życiowe zaangażowanie zaczęło się od tego, że w roku 1981 jako 14-latek dostałem się do liceum im. Rejtana, gdzie zaraz zapisałem się do słynnej warszawskiej drużyny harcerzy, Czarnej Jedynki. Udzielali się w niej kiedyś bracia Kijowscy, Antoni Macierewicz, Piotr Naimski czy Ludwik Dorn. Z Dornem byłem nawet kiedyś na obozie harcerskim. Podczas tego obozu okazało się, że konserwy wypełnione rzekomo sardynkami dla harcerzy zawierały tak naprawdę miniaturowe wydanie pisma trockistowskiej Międzynarodówki. Nigdy nie zapomnę tego uczucia zawodu, jakie głodny harcerz odczuwa na widok pisma Międzynarodówki trockistów. Dodatkowo moim nauczycielem polskiego był Ireneusz Gugulski, słynny "Gugul". 13 grudnia został internowany i od tego się zaczęło. Wcześniej w domu była "Wolna Europa" i jakieś numery "Zapisu". Moja rodzina miała kontakty z opozycją, ale polegały one wyłącznie na tym, że byliśmy odbiorcą niektórych, bardziej elitarnych pism podziemnych. Może nie tyle podziemnych, co nieoficjalnych, bo tak chyba należałoby klasyfikować np. "Zapis". Od tego się zawsze zaczynało. W 1981 roku wszystko było bardziej intensywne. Kiedy dostałem się do liceum, było już po Bydgoszczy i wydawało się, że zaraz dojdzie do wojny domowej. Na korytarzach sprzedawano nielegalne pisma. To był rzeczywiście karnawał.
Jak pan spędził lata 80.?
Trochę knując, trochę romansując z dziewczętami, za którymi ciągnęła się legenda, że pracują dla podziemia. Jeszcze w latach 80. współpracowałem ze środowiskiem Macierewiczowskiego "Głosu". A także z "Przeglądem Katolickim", gdzie poznałem m.in. Leona Bójkę, którego później spotkałem w "Gazecie Wyborczej". Fascynowałem się ucieczką Narożniaka, ukrywaniem się Bujaka, wszystkim, co miało w opozycji taki bardziej wojskowy charakter. Choć jednocześnie fascynowała mnie także druga część tradycji KOR-owskiej, ta związana z nazwiskami Jacka Kuronia i Adama Michnika.
Chodził pan na manifestacje?
Oczywiście. 3 maja 1982 roku zamiast na lekcje angielskiego do hrabiny Zofii Dembińskiej poszedłem pobawić się z milicją w ganianego. Swoją torbę z książkami zostawiłem w oknie mieszkania na parterze przy ulicy Mostowej na Nowym Mieście. Pamiętam jak pani, u której zostawiłem tę torbę, zapytała mnie przerażonym głosem: "Synku, ale nie ma tu granatów?". Z jednej strony podobało mi się to, że jest zadyma, a ja jestem taki odważny. Natomiast skandowanie "Gestapo! Gestapo!" wydawało mi się nie na miejscu. Naprzeciwko nas stali chłopcy z poboru w naszym wieku. Ja stałem na placu Zamkowym, gdzie wjechała armatka wodna polewająca nas lekko barwioną wodą, żeby można było później rozpoznawać manifestantów. Pałowania tam jednak nie było, był tylko gaz. W pewnym momencie, kiedy uciekaliśmy przed tym gazem, trafiłem na Rynek Starego Miasta i zobaczyłem oblężenie komisariatu na Jezuickiej, w którym rok później zabito Przemyka. Kiedy ci milicjanci znaleźli się pod dużym naciskiem i nie mieli odsieczy, zaczęli strzelać na wprost czerwonymi i zielonymi racami. Odbijały się one od bruku i koziołkowały w nieprzewidywalnych kierunkach. Wtedy zdałem sobie sprawę, że można tam zginąć. Doszedłem do wniosku, że tego typu manifestacje nie są dla mnie.
Mijają kolejne lata, zadymy się kończą, trzeba zacząć dorastać. Jaki pan ma pomysł na siebie?
Uważałem się za niedokształconego, więc postanowiłem pójść na studia, na których mnie wreszcie wszystkiego nauczą. Wybrałem historię. Mój wybór nie miał żadnego związku z planami zawodowymi. Nie zamierzałem wtedy pracować, tylko spędzić życie na walce z "czerwonym". Nie obchodziły mnie żadne perspektywy "zawodowego awansu". Na studiach szybko ściąłem się jednak z kolegami z Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Pierwszym przedstawicielem tej organizacji
, będącej wtedy jeszcze w powijakach, dopiero odbudowującej się po stanie wojennym, był niejaki Piotrek Ciompa. Bardzo miły człowiek, ale poszło o to, że zgłosiłem swoją kandydaturę na starostę roku. Tymczasem NZS postanowił, że to ich kandydat ma wygrać. Po raz pierwszy pokazano mi tam wyraźnie, że nieważne jest, kim jesteś, ale z kim trzymasz. Bardzo chętnie bym się do nich wówczas zapisał, ale nikt mnie nie zaprosił. W związku z tym Ciompa wygrał.
I dlatego NZS panu podpadł?
Nie dlatego. Zawsze i wszędzie przynależność natury ekskluzywnej, a zwłaszcza tajnej, źle się kończy. Takie organizacje są dobre na czas wielkiego kryzysu, ostrej walki, ale w warunkach wolnościowych przekształcają się w koterie, powodując zidiocenie swoich członków. Nie dopuszczają głosów z zewnątrz i trzymają się tylko coraz bardziej kurczowo swojej ortodoksji. Zajmują się przede wszystkim pilnowaniem spójności. Taki los spotkał wszystkie tego typu środowiska, jakim się przyglądałem. Zarówno wiele środowisk prawicowych, np. pampersów, jak i środowisko "Gazety Wyborczej", które przeżyło swoją wielkość w latach 1989 - 1996, a potem był już tylko zjazd. Obecnie to, co się nazywa "Gazetą Wyborczą", jest już tylko wydmuszką. Rynek ich wycenił. I płaci dzisiaj za akcję Agory już nie ponad sto złotych, ale złotych dwanaście.
Jak pan trafił do "Wyborczej"?
8 maja 1989 roku, po wyjściu z zajęć na uniwersytecie, szedłem Krakowskim Przedmieściem, próbując kupić pierwszy numer "Gazety Wyborczej", ale wszędzie była już wykupiona. Szedłem w stronę domu na Sobieskiego i kiedy byłem już na Belwederskiej, pomyślałem, że z tego miejsca do siedziby tej mitycznej redakcji na ulicy Iwickiej jest bardzo niedaleko. Wszedłem do budynku redakcji, otoczył mnie niesamowity rejwach i atmosfera gorączkowego podniecenia. Bardzo mi się to spodobało. Poszedłem do sekretariatu, gdzie spotkałem panią Małgosię Wołyńską i panią Zosię Floriańczyk, i zapytałem, czy mógłbym gdzieś dostać pierwszy numer gazety. Nagle jak spod ziemi wyrósł jakiś malutki, rudy, brodaty człowiek. Popatrzył na mnie z dołu bezczelnym wzrokiem i powiedział: "Nie mamy żadnego egzemplarza". Wówczas, nie wiadomo czym podkuszony, zapytałem: "Mam w takim razie drugie pytanie - może wam w czymś pomóc?", na co ten człowiek odpowiedział: "Trzeba było zacząć od pytania nr 2". Był to Grzegorz Lindenberg, pierwszy szef wydawnictwa "Gazety Wyborczej", później wyrzucony stamtąd po konflikcie z Heleną Łuczywo, twórca "Super Expressu", pierwszego polskiego tabloidu, który odniósł sukces bez kopiowania obcych wzorów. Lindenberg przyjął mnie w charakterze pomocy redakcyjnej. Moje pierwsze zadanie polegało na kupieniu dwóch kwiatów doniczkowych do sekretariatu. Drugie zlecenie polegało na zawiezieniu listu do PAP, a trzecie - na zawiezieniu artykułu do cenzury. Potem spotkałem na korytarzu Leona Bójkę. Kiedy Bójko zorientował się, że posługuję się dość płynnie pięcioma obcymi językami, zostałem przyjęty do działu zagranicznego do zdzierania teleksów z maszyn i sortowania ich według języka. Dziennikarze działu zagranicznego zbierali te kupki i pisali na ich podstawie notki. Z biegiem czasu zacząłem je pisać sam. Potem zacząłem je redagować i szybko zostałem redaktorem prowadzącym w dziale zagranicznym. Po kilku miesiącach zostałem wchłonięty przez sekretariat redakcji i prowadziłem już całe numery. W tamtych czasach nie ograniczało się to do opieki nad pierwszą stroną. Było to faktyczne redagowanie numeru od kolumny pierwszej, przez wszystkie wewnętrzne, aż do kolumny sportu na stronie 16 czy 24 - nie pamiętam, ile stron miała wówczas "Gazeta". Do tego dochodziły nocne wycieczki do Domu Słowa Polskiego na Miedzianą 10, gdzie nadzorowaliśmy metrampaży i zecerów, którzy składali to w ołowiu i drukowali. Początki mojej kariery były błyskawiczne.
Kiedy poznaje pan Michnika i zaczyna pisać teksty ważne dla linii redakcyjnej "Gazety"?
Adama poznałem stosunkowo późno. Oczywiście obserwowałem go na kolegiach. Na początku zachwyciłem się jednak Heleną Łuczywo. Pierwszy raz zetknąłem się z nią po 2 - 3 dniach od rozpoczęcia pracy. Wówczas redakcja mieściła się w sławnym żłobku na Iwickiej, który miał strukturę amfilady. Najbardziej cenione były więc te dwa krańcowe pokoje, które w amfiladzie nie były. Można się tam było zebrać wokół dużego stołu i knuć w pewnej izolacji. W jednym z tych pokojów był sekretariat redakcji, a w drugim archiwum. Większość najważniejszych kolegiów na pierwszym etapie istnienia "Gazety" odbywała się w archiwum. Mnie tam strasznie ciągnęło. Pewnego dnia drzwi do pokoju były uchylone. Wetknąłem głowę i nagle koło mnie pojawiła się jakaś kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałem i która powiedziała krótko "Nie wchodź tu". Tak po raz pierwszy spotkałem Helenę Łuczywo i od razu poczułem, że jest to ktoś wielki, od kogo nauczę się wszystkiego. Adam Michnik nigdy nie był redaktorem naczelnym "Gazety". Należy to wydrukować wersalikami. On był ideologiem "Gazety", jednak jego wpływ zarówno na pracę redakcji, jak i na kształt gazety ograniczał się wyłącznie do stron publicystycznych, do komentarzy i działu politycznego. Całością "Gazety" zawsze zarządzała Helena.
Zaczyna się wojna na górze i "Gazeta Wyborcza" staje po jednej ze stron, mimo że powstała jako pismo całej "Solidarności".
To był nasz wybór. Oczywiście ludzie, którzy się z tym wyborem wtedy nie zgadzali, prędzej czy później z redakcji odchodzili. Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Przyjaźniłem się z Krzysztofem Leskim, który był dla mnie wspaniałym autorytetem przede wszystkim jako pistolet z czasów podziemnego "Tygodnika Mazowsze" (po drugie wiedziałem, że jest synem legendarnego generała Kazimierza Leskiego, który jako generał Hallman przejechał całą okupowaną Europę i zrobił inspekcję wału atlantyckiego dla AK). Miałem dla Krzyśka wielki szacunek i bardzo żałowałem, że poróżnił się z Michnikiem i Heleną w sprawie wojny na górze. Uważałem i nadal uważam, że lepiej byłoby dla niego pozostać w "Gazecie" i wpływać na nią swoim pisaniem od środka, niż urządzać jakąś demonstrację, której nikt nie zauważył. Leski był jednym z reporterów numer jeden w "Gazecie". Teraz ma jakieś programy
w TVP Info, ale, prawdę mówiąc, mało kto wie, że taki reporter istnieje.
To jest argument siły. W rodzaju słynnego dzieła "Nim będzie zapomniany".
Nie zgadzam się. Obozy warowne tworzyły się wtedy po obu stronach. Trzeba było zrobić tak, jak zrobił Wojtek Załuska, który miał poglądy podobne jak Krzysiek i został w "Gazecie Wyborczej" aż do ostatniej rzezi, czyli zwolnień grupowych w 2009 roku. Dzięki temu, że nadal pisał teksty w dziale politycznym (który od końca lat 90. był zdominowany przez sztampę intelektualną najgorszego rodzaju) można tam było przeczytać coś, co znamionowało ślady samodzielnego myślenia. Uważałem i uważam, że wolność i demokracja zasadniczo zmieniają reguły gry. Wolność słowa zobowiązuje nas do rozmawiania z każdym. Zgadzałem się z Michnikiem zarówno co do konieczności historycznego kompromisu, jak i co do lustracji. Ale w jednej sprawie Michnik myślał inaczej. Uważał, że ktoś, kto go "nikczemnie atakuje" - słowo "nikczemnie" było używane często - nie zasługuje na podanie ręki i rozmowę.
Wojna na górze jednak się zaostrza i obozy warowne powstają przez całe lata 90.
Młoda prawica - także pańskie ówczesne środowisko - uważaliście "Gazetą Wyborczą" za taki obóz warowny, więc wystawialiście naprzeciwko niej własne obozy. Na przykład telewizję Walendziaka. Napisałem kiedyś tekst o środowisku pampersów, ale nie został puszczony do druku jako nazbyt koncyliacyjny. Do napisania tego tekstu w wersji, która już została w "Gazecie" opublikowana, wyznaczono więc "cyngla" Michnika, czyli Pawła Smoleńskiego, który zawsze potrafił w lot odgadnąć, jaki tekst ma napisać, by podobał się szefowi. Drugim z tych "cyngli" jest Agnieszka Kublik, która dysponuje podobną zdolnością jak Smoleński. Paradoks sposobu redagowania "Gazety" przez Michnika polegał na tym, że ludzie atakujący nas uważali, że Michnik wydaje swoim "cynglom" określone polecenia. Nawet pan, gdy pisał swój artykuł "Zniewolony umysł III RP", napisał, że "Alfa otrzymał od redaktora polecenie napisania artykułu o Żydach mordowanych przez żołnierzy AK podczas Powstania Warszawskiego". Nikt mi nigdy nie wydał żadnego polecenia, bym napisał jakiś tekst.
Ale dla nas, na zewnątrz, naprawdę nie było istotne, czy Smoleński pisze swoje teksty, żeby się Naczelnemu przypodobać, czy dlatego, że Naczelny mu kazał. Krążyła anegdota, że po pierwszym tekście Smoleńskiego na temat motłochu popierającego Wałęsę Michnik podziękował mu wielkim bukietem róż wręczonym w obecności reszty redakcji.
Adam zawsze jest czarujący wobec ludzi, których lubi, i pełen agresji wobec tych, na których się zawiódł. Jest postacią dwuwymiarową. Podkreślanie tylko jego demonicznej strony i pomniejszanie go przez takich jego adwersarzy jak Rafał Ziemkiewicz czy Piotr Semka jest dla niego krzywdzące i źle świadczy
o nich.
Wie pan, że "miłość" czy "uwodzenie" Michnika może się komuś nie podobać jeszcze bardziej, niż jego ataki wrogości.
Ale cóż poradzić na to, że Michnik jest uwodzicielem. Zawsze lubił uwodzić kobiety i intelektualistów. W obu wypadkach był bardzo skuteczny, chyba nawet bardziej skuteczny niż Don Giovanni. Bardzo lubił także używać ludzi. Mówiło się o nim często "manipulator". Owszem, manipulowanie nie jest specjalnie przyjemną cechą charakteru, ale ta historia ma dwie strony. Do tego, żeby kogoś uwieść, potrzeba jego zgody. Michnik niesłychanie twardo testował odporność duchową i psychiczną wszystkich polskich inteligentów, którzy dusze mają miękkie jak kisiel. Kto najbardziej nienawidził Michnika? Porzucone przez niego kochanki płci męskiej: Herbert, Burek, Rymkiewicz...
Wróćmy jednak do pana drogi w "Gazecie". Czy pana Michnik uwodzi?
Imponuje mi, a potem przyjaźnimy się ze sobą. Ale w "Gazecie Wyborczej" miałem zupełnie innego mistrza, płci żeńskiej, czyli Helenę Łuczywo. Dla mnie Helena jest postacią rangi historycznej, nie można jej porównywać ze współczesnymi postaciami. Ze znanych mi ludzi, którzy w XX wieku żyli w Polsce, mogę ją porównać tylko do Celiny Lubetkin, która była żoną Antka Zukiermana, dowódcy ŻOB. I faktyczną dowódczynią powstania w getcie. Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem
. Także przed naprawdę istniejącym tutaj antysemityzmem.
Rozumiem tę interpretację, ale nie do końca się z nią zgadzam. W Polsce jest antysemityzm, ale nie każda krytyka komunizmu, nawet w wykonaniu prawicy, miała podtekst antysemicki. I nie każdy polski Żyd miał za sobą uwikłanie w komunizm. Choć rozumiem powody, dla których Żydzi komunizm akceptowali. II RP nie była dla nich rajem, a Jedwabne jest znakiem czegoś jeszcze bardziej obrzydliwego. Ale Mieczysław Grydzewski to przecież także był Żyd, w dodatku jako redaktor "Wiadomości Literackich" był prawdziwym polskim liberałem, a później, w Londynie, był jednym z najbardziej zajadłych antykomunistów, nienawidzącym PRL i lojalnym wobec II RP. Było bardzo wielu takich Żydów. A największa emigracja Żydów z Polski to nie rok 1968, ale druga połowa lat 40., kiedy zamiast komunizmu wybierają Izrael. Doświadczenie komunistyczne to tylko jedno z doświadczeń Żydów w Polsce, a "Gazeta Wyborcza" czyniła je doświadczeniem najważniejszym, najbardziej reprezentatywnym, w związku z tym antykomuniści mogli obrywać z paragrafu antysemickiego, nawet jeśli antysemitami nigdy nie byli i nawet się reaktywnie nimi nie stali.
W zasadzie ma pan rację. Ale proszę jednocześnie pamiętać: problem polega na tym, że każdy widzi dookoła siebie tyle, ile może. Bardzo istotne jest to, kto się skąd wywodzi, jakie ma doświadczenia i czym nasiąka przy rodzinnych herbatkach i śniadaniach. Nie można mieć pretensji do Heleny Łuczywo, która była córką funkcjonariusza komunistycznej cenzury, Ferdynanda Chabera, że jej punkt odniesienia obejmował to środowisko, z którym miała do czynienia.
Pokolenie stanu wojennego, nawet jego prawicowa część, nie było Leszkami Bublami, więc mieliśmy prawo wtedy powiedzieć, że się w tę zabawę bawić nie chcemy i nie będziemy utożsamiać Agory ze sprawą żydowską. A problem komunistycznej przeszłości to tyleż problem żydowski co polski. Mnie etniczne kryteria wcale nie kręcą.
Ale jak pan ich nie bierze pod uwagę, to pan nic nie zrozumie. Tak się składa, że ludzie Agory byli w większości pochodzenia żydowskiego. Nie było to ani żadnym przypadkiem, ani żadnym powodem do wstydu. Ale nie można oczekiwać od ludzi z takim backgroundem, że nagle staną się piewcami Narodowych Sił Zbrojnych.
Ja też nie jestem piewcą Narodowych Sił Zbrojnych i nie widziałem powodu, dla którego "Wyborcza" miałaby uznawać każdego swojego polemistę czy przeciwnika za NSZ-owca. Widziałem też, jak na prawicy zaczyna się szeptanka na temat "żydokomuny" i tolerancja na tę szeptankę. I to też było złe. Nie rozumieliśmy rozmiarów traumy marcowej. O tym wszystkim należało rozmawiać, ale się nie dało.
O tym, kim się jest, decyduje środowisko, w jakim się żyje. Instynktownie przejmujesz pewne zachowania, myśli i sformułowania. Naczelnym pragnieniem każdego człowieka jest, po pierwsze unikanie problemów, a po drugie uzyskanie pochwały od stada swoich szympansów. To bardzo silny mechanizm wzbudzania pozytywnego konformizmu, bez którego umieramy.
Czasami zmieniamy lojalność.
Ale to wiąże się z wyklęciem z dotychczasowej grupy.
Czasem dzięki temu powstaje poczucie, że się jest jednostką.
Ja jestem przeciwko indywidualizacji. Uważam, że każdy z nas powinien być indywidualnie wolny, ale każdy z nas powinien mieć także świadomość swojej przynależności i tego, jaką formę to nakłada na nasze życie. Dobrze, że wspomniał pan o wydarzeniach Marca ’68. Pozwolę sobie wygłosić krótką definicję tego, co znaczy pokolenie. Pokolenie to coś takiego, co formuje się pod wpływem zwrotnego punktu w historii, w momencie kiedy mamy mniej więcej 22 lata. Michnik i Helena w marcu 1968 roku mieli dokładnie 22 lata. Byli w sytuacji rocznika Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy Tadeusza Różewicza w roku 1944. Nie ma się co dziwić, że powstańcy warszawscy do dziś nimi pozostają i do dziś toczą walki na barykadach. Tak samo nie można się dziwić, że Michnik ciągle mentalnie jest w marcu 1968 roku. Zdziwiłbym się, gdyby on był w stanie się od tego uwolnić. Trauma, której wtedy doznał, nie polegała na tym, że państwo komunistyczne wzięło się za komandosów. Polegała na tym, że państwo komunistyczne za pośrednictwem Mieczysława Moczara sięgnęło po kombatantów Armii Krajowej i zyskało sobie wśród nich autentyczne poparcie na glebie antysemityzmu. To jest przerażenie, które Michnika po dziś dzień nie opuściło.
Uderzenie przez "Gazetę Wyborczą" w powstanie jako pogrom na Żydach było więc reakcją na…
...na Moczara, to ciągle jest walka z Moczarem. AK-owcy, kombatanci ze zgrupowania "Radosław", poszli wówczas za Moczarem. Więc za to dostali. Istnieje prawda faktów i prawda faktów jest taka, że wszyscy Żydzi zastrzeleni przez ludzi z opaskami AK i NSZ, o których pisałem, rzeczywiście zostali zastrzeleni. Jest także prawda duchowa i symboliczna, która jest następująca: nie należało tego tekstu publikować w 1994 roku w "Gazecie Wyborczej". Na 50. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.
Mamy pokolenie 1968 roku z jego traumą marcową i mamy pokolenie stanu wojennego z jego traumą. Michnik obsługuje traumę własną, ale niespecjalnie jest czuły na traumę młodszych. Nie tylko uprawia politykę z generałami - co bym nawet zrozumiał - ale musi się popisywać swoimi wobec generałów uczuciami. Na nas to działa tak jak na Michnika zadawanie się kombatantów ze zgrupowania "Radosław" z Moczarem. Zaczynamy na Michnika psioczyć. Michnik udaje, że tego nie rozumie, a jego "cyngle" coraz bardziej w pokolenie stanu wojennego - szczególnie w jego prawicową część - nawalają. Efekt jest taki, że zamiast rozmowy, a nawet polityki, mamy przepychankę traum i wrażliwości, która daje w efekcie piekło. A dzisiaj moi rówieśnicy są gotowi symbolicznie dekomunizować SLD, a nawet Agorę, choćby pod wodzą Kryżego, Karskiego czy Wassermanna, bo wierzą, że to będzie akt sprawiedliwości za pałowania w latach 80. i za artykuły "cyngli" Michnika z lat 90.
Albo pod wodzą Kaczmarka, Kornatowskiego, dowolnego oportunisty, który się zasłużył. Ale nadzieja, że Michnik uszanuje emocjonalne potrzeby młodszego pokolenia, była nierealna. A to z prostego powodu: nie może pokolenie młodsze stawiać warunków pokoleniu starszemu.
Dlaczego?
Bo jest słabsze. Bo jest z natury słabsze, ma mniej pieniędzy, mniej znajomych, mniej kontaktów, mniej doświadczeń. I w takim konflikcie oberwie.
Faktycznie, pokolenie stanu wojennego obrywało od "marcystów", ale też oddawało. Zabawa zrobiła się głupia i jałowa. "Wyborcza" też jej nie wygrała.
Ja w tym nie uczestniczyłem, miałem kolegów także po drugiej stronie. Nie byłem "cynglem". Grześ Górny z "Frondy" był swego czasu naszym kolegą z działu reportażu, znałem go. Znałem Jacka Łęckiego, kiedy przyjechał z Lublina i pracował w "Gazecie", wiedziałem, że to jest porządny człowiek. Nigdy nie przyłożyłem ręki do żadnego ataku ani nie pozwoliłem nikomu, kto pracował pod moim parasolem w moim dziale, przyłożyć ręki do jakiegokolwiek ataku na was. Kierowałem przez 5 lat działem kultury i dodatkiem książkowym, kiedy jeszcze istniał. Kiedy byłem redaktorem działu kultury w latach 1993 - 1998, na łamach "Gazety" drukowani byli zarówno Wisława Szymborska ze swoimi "Lekturami nadobowiązkowymi" czy Sławomir Mrożek ze swoimi felietonami i rysunkami, jak i "brulionowcy". Był Andrzej Stasiuk publikujący recenzje i eseje, które złożyły się później na "Tekturowy samolot", moim zdaniem najciekawszy jego tom esejów, a może w ogóle najciekawszy od czasu "Ziemi Ulro" tom esejów, jaki się po polsku ukazał. Ale ponieważ dotyczył popkultury, więc intelektualiści go po prostu nie zauważyli. Publikował wtedy w moim dziale swoje wiersze Jacek Podsiadło, sam robiłem z nim wywiad, gdy dostał Nagrodę Kościelskich. Kontaktował się z nami Marcin Świetlicki, chociaż z nim nigdy nie miałem "dobrej chemii".
Mówi pan trochę tak jak poczciwy sekretarz od kultury w KC PZPR. Jak jakiś Tejchma: "Ja wybitnych pisarzy z mojego pokolenia ratowałem". Ale przy okazji wykańczano resztę jako fanatyków, a jak Jerzy Sosnowski nie chciał pisać o "bruLionie" czy "Frondzie" jako o "prawicowych dziarskich chłopcach", tylko w sposób nieco bardziej skomplikowany, to mu cykl tych recenzji zabrano.
Jerzemu rzeczywiście odebrano ten cykl. Ale prawda jest taka, że Jerzy chciał być wtedy nadwornym publicystą "Gazety Wyborczej" i nie chodził do mnie, tylko działał bezpośrednio przez Michnika. Ponieważ chciał być kochany przez Naczelnego i jego afiliacja była bezpośrednio przy Naczelnym, to w związku z tym zależał od Jego decyzji i kaprysów. A co do wykańczania prawicowej części pokolenia stanu wojennego, to po pierwsze ono nie było bezbronne - o telewizji Walendziaka już powiedziałem, a przecież było wiele innych instytucji. A po drugie ja w tym nie uczestniczyłem, pracowałem jedynie w "Gazecie", na której łamach w innych działach ukazywały się niesprawiedliwe artykuły was wykańczające. Wiem, że to może brzmi nieco dwuznacznie, ale taka jest prawda. Na łamach działu kultury i na łamach "Gazety o Książkach", kiedy nią kierowałem, nigdy nie ukazał się żaden niesprawiedliwy tekst o pampersach, "bruLionie" czy kimkolwiek innym. Drukowałem ludzi, którzy wyszli z "bruLionu", ludzi, których uważałem i uważam nadal za wybitnych artystów i pisarzy. I wielokrotnie natykałem się na rozmaite uśmieszki Michnika, który pytał, czy chcę zrobić w "Gazecie" jakiś "bruLion bis".
My wtedy widzimy, polemizując z "Gazetą Wyborczą", że sami jesteśmy rzeźnikami, i piszemy ostro, ale oni też na pewno są rzeźnikami. Czemu zatem jedna ze stron ma uchodzić za moralistów? Także w oczach inteligenckiego salonu, który nie widzi trupów zamiatanych pod dywan, ale jak z nami rozmawia, to pyta zdumiony: "Skąd w was tyle nienawiści do Adama? Przecież on wszystkich kocha".
Jeśli chodzi o moralizm, Michnik naprawdę uważa się za moralistę. To jest wielowymiarowa postać, którą da się opisać tylko przy użyciu wyrafinowanych oksymoronów. On jest wyjątkowo oksymoroniczny, bo jest skrajnie amoralnym moralistą. Moim zdaniem źródłem największej nienawiści do Michnika jest to, że uważa się go za kogoś w rodzaju fałszywego proroka, za faceta, który zachowuje się jak kaznodzieja, mówi innym, jak należy się zachowywać, co jest moralne, a co nikczemne. Najpiękniejszy oksymoron opisujący to, o czym mówimy, na który natknąłem się w swoim życiu, brzmi: "otyły dietetyk". Michnik jest otyłym dietetykiem. Wszyscy to widzą poza nim samym. Michnik wygłosił kiedyś zdanie, które mi się bardzo mocno wryło w pamięć: "Nie jest bez znaczenia, kogo udajesz; nawet jeżeli jesteś hipokrytą, to jeżeli udajesz świętego, a masz naturę węża i lubisz tylko syczeć uwodzicielsko, a później dusić albo gryźć, to jeżeli udajesz świętego, mając taką naturę, to i tak jesteś troszkę lepszy, niż gdybyś nie udawał". Istnieją pewne pożytki nawet z hipokryzji. Adam potrafił ją wykorzystywać także do dobrych celów. Na przykład do ucywilizowania SLD.
Absolutna zgoda co do hipokryzji. Powinno się udawać lepszego od siebie, bo to zawsze człowieka podnosi. Ale jak się udaje Chrystusa i jedną ręką pokazuje stygmaty, a drugą kogoś dusi, to taka dwulicowość już standardów
moralnych, a nawet politycznych, w niczym nie poprawia. Wytwarza tylko konflikty w miejscach niepotrzebnych.
Ja to doskonale rozumiem, chcę panu tylko powiedzieć, że gdyby Michnik był postacią tak jednoznacznie padalcowatą i nikczemną, jak maluje go polska prawica, nigdy w życiu nie stworzyłby wokół siebie takiego środowiska wiernych i wpatrzonych w niego wyznawców.
Czemu nie udało się panu pańskiej strategii relatywnej miłości i względnie czystych rąk upowszechnić w innych działach "Gazety", gdzie pisano o "ciemnogrodzie", wywlekano wrogom sprawy osobiste, a chłopców z "Frondy", istotnie pokręconych tak jak prawie wszyscy tutaj, od razu wciskano w buty faszystów?
Na głupotę starszych nie ma lekarstwa. Możesz wpływać tam, gdzie sięgają twoje kompetencje. Moje kompetencje były takie, jakie były, ja byłem wtedy zaledwie dowódcą kompanii w tej gazecie. Owszem, Michnik mówił ze łzami w oczach, że zrobi mnie swoim następcą, ale wyszło z tego tyle, ile ze wszystkich jego obietnic pod adresem wszystkich, to znaczy dwa lata później przestał się do mnie odzywać, ponieważ odmówiłem wykonania jego polecenia zaszlachtowania amerykańskich Żydów za to, że Hannah Arendt oskarżyli o antysemityzm w związku z "Eichmannem w Jerozolimie". Dostałem plik kartek po angielsku, czyli w języku, którego Michnik nie zna, z poleceniem napisania na podstawie tych kwitów szybkiego eseju. Powiedziałem, że po pierwsze muszę się przygotować, poczytać książki, bo nie mam wystarczających kompetencji w tej sprawie, a po drugie uważam, że oni trochę mieli rację, bo Hannah Arendt sama była wtedy za szybka.
To bardzo ezoteryczny powód rozstania się.
To nie jest ezoteryczny powód. Odmówiłem bycia "cynglem", choćby w takiej - jak to pan sugeruje - subtelnej sprawie. To był pierwszy raz, kiedy Michnik próbował mi coś w taki sposób zlecić, próbował ze mnie zrobić Smoleńskiego, a ja Smoleńskim zostać nie chciałem. On zaczął na mnie wrzeszczeć, że mam przynieść tekst, zaczął na mnie bluzgać. My zawsze bluzgaliśmy w redakcji, z Helenką i z Adamem, ze wszystkimi - to było środowisko, w którym ja się do pewnego momentu czułem rzeczywiście wolny. Dla mnie wolność polegająca na tym, że się chodzi w krawacie i w marynarce i nie używa brzydkich słów, to jest g..., nie wolność, natomiast w momencie, kiedy Adam zaczął na mnie wsiadać i zaczął mi grozić, że mnie ześle do działu internetu, gdzie Helenka ze mnie zrobi pracownika, który będzie zasuwał od dziewiątej rano do dziewiątej wieczór, ja mu powiedziałem: "Stary, ty mnie chyba masz za kogoś innego, ja nigdy nie piszę na zamówienie". On wtedy krzyknął do mnie "won!" i wyrzucił mnie z gabinetu, po czym przestał się odzywać, a przecież wcześniej byliśmy przyjaciółmi i ja go nadal uważam za kogoś w rodzaju swojego zastępczego ojca - trochę taką rolę w moim życiu odegrał, tylko przegapił moment, w którym sam zaczął tracić siły. Jest taki moment w życiu człowieka starzejącego się, którego nie można przegapić - moment, kiedy trzeba nauczyć się mieć sojuszników w młodszych. Michnik przegapił ten moment, bo on zawsze był tak silny, że wydawało mu się, że może zaszlachtować żyletką każdego. Przeliczył się i poniósł za to karę, która mu się należała.
*Michał Cichy, ur. 1967, historyk, specjalista od XVII i XX wieku. Wieloletni współpracownik Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Dziennikarz i publicysta "Gazety Wyborczej" od chwili jej powstania. W latach 1993 - 1998 kierownik działu kultury "Gazety" i redaktor nieistniejącej już "Gazety o Książkach". W latach 1997 - 2002 współtwórca i sekretarz Nagrody Nike.
Informuje on czytelników DZIENNIKA, że na znak zaufania do rozmówcy zrezygnował z autoryzacji wywiadu.
(Powyższy tekst został zaproponowany przez Michała Cichego)
wtorek, 8 grudnia 2009
Michał CICHY. POLACY - ŻYDZI: CZARNE KARTY POWSTANIA
Gazeta Wyborcza - 1994/01/29
Michał CICHY
POLACY - ŻYDZI: CZARNE KARTY POWSTANIA
Michał Cichy recenzując wspomnienia Calela Perechodnika ("Gazeta o książkach" nr 11/93) napisał: "[Perechodnik] przetrwał nawet Powstanie Warszawskie, kiedy AK i NSZ wytłukły mnóstwo niedobitków z getta". Zdaniem redakcji było to niedopuszczalne uogólnienie. Są liczne dokumenty świadczące o pomocy udzielanej Żydom przez władze powstańcze. Nie istnieje żaden dokument świadczący o złym stosunku do nich tych władz. Jednocześnie jednak miały miejsce przypadki mordów na Żydach przez ludzi w powstańczych mundurach - i o tym mówi zamieszczony niżej tekst Michała Cichego.
1.
Sformułowanie o AK, NSZ, Żydach i powstaniu warszawskim było złe, za co przepraszam. Przede wszystkim pisząc, że AK i NSZ mordowały, nie miałem na myśli organizacji, ale niektórych należących do nich ludzi.
Wypadki morderstw były. Były również - obok postaw pozytywnych - przejawy antysemityzmu. Nie próbuję wyważać zapisanych w źródłach doświadczeń pozytywnych i negatywnych, poprzestaję na stwierdzeniu, że były i jedne, i drugie. Bez szczegółowej wiedzy o doświadczeniach negatywnych nie bylibyśmy w stanie zrozumieć poczucia fizycznego zagrożenia ze strony AK, obecnego w niektórych żydowskich relacjach.
Nie piszę, co chciałbym z naciskiem zaznaczyć, syntezy stosunków polsko-żydowskich w powstaniu warszawskim. Zbieram źródła (niektóre z nich wcześniej nie publikowane) dotyczące jedynie fragmentu tych stosunków. Przedstawiam i próbuję wyjaśnić epizody najczarniejsze.
2.
Znane mi są relacje, dokumenty i opracowania mówiące o zabiciu przez powstańców około 60 Żydów, w tym 44 lub 45 w dwóch zbiorowych morderstwach, z których jedno (30 ofiar NSZ-owców) jest bardzo słabo udokumentowane.
Kilkudziesięciu zabitych Żydów to statystyczny margines na tle około 200 tysięcy ofiar powstania, ale historia nie rządzi się jedynie prawami statystyki.
Wielokrotnie opisano w Polsce pomoc świadczoną Żydom przez Polaków, w tym przez podziemie. Nie jest to jednak prawda cała. Pamięć polska i pamięć żydowska po półwieczu przechowują sprzeczne obrazy wojny. Nie wierzę, żeby w takiej sytuacji realne było prawdziwe porozumienie.
Obca jest mi chęć jątrzenia, nie uważam się za siewcę nienawiści. Uważam, że za nienawiść odpowiedzialni są w dużym stopniu siewcy zapomnienia.
3.
Historycy nie zajmowali się dotąd szczegółowo dziejami Żydów w powstaniu warszawskim. Są jedynie rozdziały w syntetycznych opracowaniach. Z historyków polskich o czarnych kartach pisał tylko Andrzej Żbikowski z ŻIH w posłowiu do wspomnień Samuela Willenberga (bibliografia na końcu tekstu).
Choć w niektórych sprawach mamy dokumenty powstańcze, większość źródeł to relacje i wspomnienia żydowskie. Historyka nie powinno jednak dziwić, że wiadomości o prześladowaniach pochodzą na ogół od prześladowanych.
Nie mamy i może nigdy nie będziemy mieli najważniejszych informacji. Szacunki liczby Żydów ukrywających się w Warszawie w chwili wybuchu powstania wahają się od 7 do 30 tys. Nie wiem, skąd pochodzi powtarzana często informacja, że w szeregach powstańczych walczyło tysiąc Żydów, z których poległo 500.
Trudno sprawdzić te dane. Również podaną przez historyka Holocaustu Martina Gilberta liczbę ponad stu zabójstw na Żydach popełnionych w czasie powstania przez Polaków.
4.
Dla Polaków początek powstania był upragnionym wyzwoleniem, dla ukrywających się Żydów - szokiem, podobnym do gwałtownego wypłynięcia z głębiny na powierzchnię. Wielu ukrywających się Żydów latami nie wychodziło z kryjówek. W tak ścisłej konspiracji nie żyli nawet przywódcy podziemnego państwa.
Właściwie nie wiemy, co działo się z Żydami w chaosie pierwszych dni powstania. Przytoczonych poniżej relacji nie traktuję jako źródeł wiedzy o zabójstwach, ale jako świadectwa atmosfery tamtych dni.
"Na początku powstania likwidowano Żydów - czytamy w złożonej w Yad Vashem relacji Mieczysława Fuksa (YV 0-16/450). - Później już stosunek Polaków trochę się polepszył i widywało się znów Żydów na ulicach. Ludność pokazywała na nich palcami, nie okazywano im współczucia, stosunek był raczej obojętny, widać było zdziwienie, że zdołali przetrwać i wyśmiewano ich".
1 lub 2 sierpnia właścicielka mieszkania przy Siennej 40, która ukrywała grupę Żydów, w tym Mariana Berlanda, autora znanego pamiętnika, powiedziała (cytuję Berlanda): "Mówią na ulicy, że wybierają Żydów i którego złapią, zabijają". "Jak chceta, to idźta - dodał jej mąż. - Jak wyjdzieta, już więcej do mieszkania nie wpuszczę (...). Nie chcę ludziom na śmiech się pokazać, że Żydów u siebie chowałem".
Helena Krukowiecka, polska arystokratka, która ukrywała Żydów w mieszkaniu przy Mokotowskiej, 1 sierpnia musiała wraz z podopiecznymi zejść do schronu. "Dozorca domu splunął w moją stronę i powiedział - tfu, myślałem, że to porządna panna, a ta Żydów u siebie chowała - czytamy w jej relacji (YV 0-3/2518). - Zaraz po tym odesłał mi słoik miodu, który mu dałam dla córeczki, ze słowami, że od takiej jak ja niczego nie przyjmie. (...) Na nasz teren trafiła jakaś grupa powstańców z Woli. Szybko dowiedzieli się, jaka to 'nielojalna' Polka ze mnie. Dwaj z nich wpadli do naszego mieszkania i zaczęli je plądrować. (...) Prócz tego jeden jeszcze odgrażał się, że jak tylko się ściemni, rozwali mnie za to, że chowałam Żydów. Od tej chwili wystrzegałam się ich".
5.
Z relacji Staszka [Stanisława] Aronsona, w czasie powstania żołnierza AK (list w posiadaniu Teresy Prekerowej), dowiedziałem się, że już 1 sierpnia powstańcy uwolnili z baraków na dawnym Umschlagplatzu przy Stawkach kilkudziesięciu żydowskich więźniów.
Rozpoczęły się kilkudniowe walki o Gęsiówkę - więzienie i założony na gruzach getta obóz koncentracyjny, w którym Niemcy przetrzymywali kilkuset Żydów, głównie węgierskich, greckich i francuskich. 348 Żydów uwolnił 5 sierpnia batalion AK "Zośka". Wielu ocalonych chciało wstąpić w szeregi powstańców. Kilku, którzy znali się na technice, przyjęto do plutonu pancernego batalionu "Zośki", inni walczyli w równie doborowych baonach AK "Parasol" i "Wigry". Bodaj najliczniejsza grupa wstąpiła do AL.
Jak wspominał jeden z uwolnionych, Bronisław Anlen (AŻIH, relacja 259), na Gęsiówce zdarzył się jeden tragiczny incydent - powstańcy rozstrzelali trzech Żydów niemieckich, których wzięto za przebranych w pasiaki esesmanów.
6.
W przeddzień szturmu na Gęsiówkę powstał jedyny znany mi dokument centralnych władz powstańczych, w którym mowa jest wprost o Żydach. 4 sierpnia szef sztabu KG AK gen. Tadeusz Pełczyński "Grzegorz" wysłał do dowódcy okręgu warszawskiego AK płk. Antoniego Chruściela "Montera" notatkę tej treści:
"Zawiadamiam Was, iż na terenie Woli wypłynęło zagadnienie internowanych Żydów z Jugosławii, Grecji itd. Część tych Żydów została uwolniona przez nasze oddziały z rąk niemieckich. Przewidźcie przygotowanie tymczasowego obozu, gdzie kierowano by wszystkich uwolnionych Żydów i inne niepożądane elementy. Oddziały winny dostać wskazówki, które wykluczałyby ewentualne ekscesy w stosunku do Żydów" (AWIH III/40/12, k. 25).
Notatka jest dwuznaczna. Z jednej strony gen. Pełczyński troszczy się o to, żeby uwolnionym Żydom nie stała się krzywda, z drugiej proponuje, żeby ich izolować. Nie jest też jasne, kto mógłby zdaniem gen. Pełczyńskiego dopuścić się "ekscesów" - cywile czy oddziały AK (jeśli nie dostaną specjalnych wskazówek). Złe wrażenie robi sformułowanie "Żydzi i inne niepożądane elementy", ale z drugiej strony należy pamiętać, że mowa jest o obywatelach państw obcych, okupowanych, a władze powstańcze stosowały wobec obcokrajowców szczególne procedury.
7.
"Niepożądane elementy" powstańcy osadzali w obozach internowania. Trafiali tam Niemcy, volksdeutsche oraz Ukraińcy i Białorusini jako przedstawiciele "mniejszości narodowych współpracujących z Niemcami". Żydów w obozach nie zamykano.
Izolowano ludzi najbardziej, z punktu widzenia władz powstańczych, podejrzanych. Wszyscy cudzoziemcy mieli natomiast być rejestrowani w komisariatach powstańczej policji - Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa.
"Wyjaśniam, że przez cudzoziemców należy rozumieć wszelkie osoby innej narodowości niż polska, choćby nawet miały obywatelstwo polskie z okresu przed 1 września 1939 r." - instruował 25 sierpnia 1944 r. szefów komisariatów PKB kierownik referatu bezpieczeństwa delegatury dzielnicy Śródmieście (AAN 202/XX-24 k. 149). Według tej instrukcji polskiego Żyda należało uznać za cudzoziemca i umieścić w ewidencji.
W archiwum WIH udało mi się znaleźć jeden spis cudzoziemców, sporządzony w VIII komisariacie PKB (rejon Siennej, Złotej, Twardej). Wśród 25 osób różnych narodowości na liście cudzoziemców jest małżeństwo Gawęckich, oboje urodzeni w Wilnie, narodowość "polska, z pochodzenia żyd".
Dyskryminacja ta miała prawdopodobnie charakter formalny. Czytałem dokumenty świadczące, że Żydzi otrzymywali od władz powstańczych przydziały żywności i kwater na równi z ludnością polską. Dochodziło zresztą na tym tle do konfliktów.
"Ujawniły się pewne grupy żydów (...). Z tymi grupami na terenie tutejszego Rejonu powstały trudności w zakwaterowaniu - informował 25 sierpnia delegat (przedstawiciel cywilnych władz) Śródmieścia w piśmie do Delegatury Okręgowej (AAN 202/XX-24 k. 152). - Zgłaszają się bowiem o przydziały mieszkań, które referat kwaterunkowy im przydziela, lecz wykonanie nakazu rekwizycyjnego (przydzielającego mieszkanie) napotyka na silny opór komendantów OPL [obrony przeciwlotniczej] domów i ludności (...). Liczyć się należy, że kwestia stosunku ludności polskiej do żydów może przybrać szersze i drażliwe formy".
Vladka Meed, wówczas Fejga Peltel-Międzyrzecka, łączniczka Bundu, relacjonuje w swych wspomnieniach przypadki wypędzania Żydów ze schronów nawet w czasie bombardowań - tak zdaniem Meed zginął przy ulicy Śliskiej inżynier Golde. "Doszło do tego, że ludność żydowska zorganizowała własne kuchnie na ulicy Mariańskiej obok baru 'Rzym', aby w ten sposób uniknąć spotkań z elementami antysemickimi" - wspominał po wojnie Stefan Sendłak, członek Rady Pomocy Żydom "Żegota", wówczas zastępca delegata rejonu Śródmieście-Północ (maszynopis w posiadaniu Teresy Prekerowej). W innej wersji swej relacji (również w posiadaniu T. Prekerowej) Sendłak po tym zdaniu dodaje: "Kuchnia ta otrzymywała aprowizację z Delegatury". Podobnie jak inne kuchnie dla ludności cywilnej.
Cywilne władze powstania traktowały Żydów dobrze, ale nie były w stanie uchronić ich przed niechęcią lub agresją niektórych cywilów. Vladka Meed wspomina odwiedziny u 20 Żydów, którzy schowali się w piwnicy przy Siennej 28, gdzie wcześniej urządzono cmentarz. Przed jej wizytą pocisk zniszczył kilka grobów. "Żydzi z chusteczkami przy nosach i ustach zbierali z ziemi ludzkie szczątki. Smród rozkładających się ciał był nie do zniesienia (...). Ale woleli zostać w tej dusznej norze i zakopywać strzępy ludzkich ciał niż wyjść. Piwnica była dla nich makabrycznym schronieniem przed polskimi grabieżcami".
8.
We wspomnieniach Willenberga czytamy, że większość Żydów walczących w szeregach AK lękała się przyznać do żydostwa i występowała pod przybranymi nazwiskami. O podawaniu się Żydów walczących w AK za Polaków czytamy również w innych źródłach, m.in. we wspomnieniach kpt. Wacława Zagórskiego i Simchy Rotema, relacjach Aliny Grelewskiej (YV 0-3/1617) i Mieczysława Fuksa (YV 0-16/450). Dużo musiało zależeć od konkretnych okoliczności, na przykład mniej lub bardziej żydowskiego wyglądu czy akcentu.
Różnie musiało być w różnych dzielnicach i oddziałach. Znane są bowiem relacje, w których Żydzi (w tym członkowie AK) stwierdzają, że nie doświadczyli antysemityzmu w czasie powstania. Efraim Krasucki ps. "Kazimierz", wspominał w roku 1946 (AŻIH, rel. 1539): "W kompanii naszej na Starym Mieście było kilkanaście osób (Żydów) o wybitnie semickiej powierzchowności, lecz nikt na to nie zwracał uwagi. Nie było wypadku, by taki był wyróżniony lub źle przez kogoś traktowany. Jeśli chodzi o osobę moją i przyjaciela mego A. Rotrubina, pomimo że dowódca nasz kpt. Kalinowski znał nasze pochodzenie, wyróżniał nas jednak in plus. (...) Gdy dnia 7 sierpnia 1944 r. (...) miano przydzielić dwóch pewnych ludzi dla eskorty delegatom Rządu Londyńskiego udającym się ze Starego Miasta do śródmieścia z jakąś ważną misją, kpt. Kalinowski wybrał mnie i Rotrubina jako najbardziej pewnych i godnych zaufania ludzi".
Trudno zatem o generalną ocenę stosunku polskich żołnierzy AK do żydowskich towarzyszy broni. Oprócz relacji, z natury subiektywnych, brakuje źródeł. Zachowany w Wojskowym Instytucie Historycznym dokument, prawdopodobnie sporządzony przez kontrwywiad AK, stwierdza jednak: "Ogólne jest narzekanie wojska, że żołnierze żydzi przeważnie zatrudnieni są w kuchni przy BIP-ie [Biurze Informacji i Propagandy] lub innych dekowanych funkcjach" (AWIH III/43/72 t. III k. 128).
9.
Samuel Willenberg, w sierpniu 1943 jeden z uczestników powstania w Treblince, wstępując rok później w Śródmieściu do oddziału kapitana Dębskiego ("Lodeckiego") w batalionie AK "Ruczaj" postanowił nie ukrywać, że jest Żydem i ujawnił prawdziwe nazwisko. Początkowo wszystko układało się dobrze, ale któregoś dnia przyjaciółka łączniczka ostrzegła go: "Igo, jest tu kilku typów z NSZ, którzy chcą cię rozstrzelać, bo jesteś Żydem. Do mnie też przychodzili z pogróżkami, że zadaję się z Żydem". Trudno mi było w to uwierzyć. Jednak tego samego dnia, kiedy na barykadzie na Marszałkowskiej strzelałem w stronę placu Zbawiciela, padł strzał. Kula świsnęła nad moim uchem. Gdy odwróciłem się przerażony, zobaczyłem znikającą w otworze lufę karabinu. Nie mogłem uwierzyć, że moi koledzy, którzy wraz ze mną przelewają krew, po tym wszystkim cośmy razem przeżyli, po wszystkich walkach, któreśmy razem stoczyli, chcą mnie zabić za to, że jestem Żydem".
Willenberg przeniósł się do ugrupowania socjalistów - Polskiej Armii Ludowej (PAL). Z tych samych motywów, a niekoniecznie z powodu politycznych sympatii, wielu Żydów wstępowało do komunistycznej AL.
10.
3 sierpnia komendant Żydowskiej Organizacji Bojowej Icchak Cukierman "Antek", syjonista, zaapelował do Żydów warszawskich o zgłaszanie się do szeregów powstańczych, nie wymieniając nazwy żadnej organizacji. "Antek" chciał podporządkować oddział ŻOB Armii Krajowej, ale w końcu 22-osobowa jednostka, składająca się z uczestników powstania w getcie, weszła w skład AL na Starówce.
"Byłem w AL-u dlatego, że AK chciało mnie zastrzelić, bo powiedzieli, że mam fałszywą kenkartę i jestem Żydem - szpiegiem (...) - wspominał członek oddziału ŻOB Marek Edelman. - Mnie udało się wyrzucić karteczkę przez piwnicę i Kamiński mnie stamtąd wyciągnął. (...) A potem mnie jeszcze parę razy AK stawiało pod murem, bo Żydzi to jest błąd, a żandarmeria na Starym Mieście to była ONR-owska, czysta Falanga" (Grupińska, s. 24).
Paradoksem jest, że do przejścia grupy ŻOB-owców w szeregi AL przyczynił się jeden z najwybitniejszych działaczy AK Aleksander Kamiński, redaktor naczelny najważniejszego pisma akowskiego - "Biuletynu Informacyjnego", autor słynnych "Kamieni na szaniec". To on opowiedział ŻOB-owcom o zastrzeleniu 1 sierpnia przez patrol AK Jurka Grasberga (lub Gazberga), niegdyś korespondenta "Biuletynu" w getcie i bliskiego współpracownika Kamińskiego.
"Jurka zastrzelono na podwórku na ulicy Pańskiej 7 - pisze we wspomnieniach żołnierz ŻOB Simcha Rotem (wówczas Szymon Ratajzer "Kazik"). - Oddział AK zobaczywszy go z bronią w ręku uznał, że ma przed sobą Żyda i zdrajcę zarazem, i postanowił wykonać wyrok na miejscu. W tej sytuacji pan Kamiński poradził, byśmy znaleźli sobie oddział, w którym będziemy bezpieczni. Byliśmy zupełnie zdezorientowani, zwłaszcza że tego samego dnia żandarmeria AK aresztowała innego naszego współpracownika. Cudem udało mi się być przy tym, interweniować i uratować mu, jak sądzę, życie".
11.
Motyw "Żyda - niemieckiego szpiega" występuje w licznych relacjach (oprócz cytowanych wyżej również Pnina Grynszpan-Frymer w książce Grupińskiej, Vladka Meed, Marian Berland, Samuel Willenberg), a także w dokumentach, które przytoczę później, opisując morderstwo przy ulicy Prostej. Można zatem założyć, że oskarżenia Żydów o współpracę z Niemcami były w czasie powstania nierzadkie. "Skoro przeżyli, musieli współpracować" - według Bronisława Anlena (AŻIH 259) opinia taka była powszechna. Oskarżenia o sympatie prosowieckie spotyka się w źródłach rzadziej.
Zarzut kolaboracji z Niemcami mógł skończyć się w powstaniu egzekucją bez sądu. A stawiano go często z tak absurdalnego powodu jak posiadanie fałszywych dokumentów, tzw. aryjskich papierów.
"Kilka osób, chrześcijan, w tym jedna kobieta, przyprowadziło do biura delegatury [Śródmieścia] na ulicy Złotej 7 osób, w tym 3 kobiety, pod zarzutem szpiegostwa. (...) Zarzut szpiegostwa wynikał stąd, że zatrzymani legitymowali się aryjskimi dowodami osobistymi, a byli znani jako Żydzi" - wspominał Stefan Sendłak. Mieli szczęście, że trafili na działacza "Żegoty".
Uwięziony przez żandarmerię Edelman też miał szczęście, bo ktoś znalazł jego karteczkę i pomoc zdążyła na czas. Nie stało się tak w przypadku pewnego Żyda - członka PAL, aresztowanego przez AK na Czerniakowie, którego z kwatery przy ul. Okrąg usiłował wydostać Willenberg.
Przy aresztowanym znaleziono listę żydowskich nazwisk, którą obecny w sztabie pułkownik AK nazwał (cytuję Willenberga) "spisem wszystkich żydowskich konfidentów Warszawy", a która była w istocie listą podopiecznych żydowskich organizacji opiekuńczych. Adiutantka pułkownika, która wyszła za Willenbergiem z gabinetu, przyznała się szeptem, że jest Żydówką i powiedziała, że aresztowany został rozstrzelany.
Vladka Meed opisuje, jak 5 sierpnia patrol AK zatrzymał trzech Żydów, którzy schronili się przed ostrzałem w budynku na rogu Chmielnej i Żelaznej. "Wzięto ich pod straż pod zarzutem, że są niemieckimi szpiegami. Kiedy ich rewidowano w pustym domu, weszło kilku umundurowanych i uzbrojonych ludzi, którzy zaczęli ich bić, oznajmiając cynicznie, że w wolnej Polsce nie będzie miejsca dla Żydów. Dwóch z nich - Lutek Friedman i Adek - zdołało wyskoczyć oknem pod gradem kul. Lutek złamał stopę, ale obaj przeżyli. Trzeci - Jeszije Solomon - zginął na miejscu".
12.
Chaim Goldstein we wspomnieniach, które cytuję za Reubenem Ainszteinem, opisuje trzy zabójstwa, których był świadkiem. Na grupę dawnych więźniów Gęsiówki, budujących barykadę przy Miodowej, napadli nie zidentyfikowani powstańcy. Krzycząc: "Wystrzelać ich! Nie chcemy tu Żydów!" - zastrzelili dwóch ubranych jeszcze w obozowe pasiaki.
Później, kiedy ich grupa kopała rowy w innym miejscu, Goldstein usłyszał serię i zobaczył zwijającego się w agonii Żyda, a nad nim akowca z pistoletem maszynowym. "Do diabła z nim, to Żyd!" - miał powiedzieć morderca i odszedł nie niepokojony. "Cóż mogę zrobić? On nie jest z mojego oddziału" - usprawiedliwiał się dowódca grupy robotników, porucznik AK.
13.
Wspominałem już, że w źródłach i opracowaniach jest mowa o dwóch morderstwach zbiorowych. O jednym z nich mowa jest wyłącznie w nie popartym źródłowo fragmencie z monografii "Walka i zagłada warszawskiego getta" Bernarda Marka, wydanej w Warszawie w roku 1959. Fragment ten brzmi: "Oddział NSZ ze Starego Miasta zamordował podczas powstania na Długiej 25 grupę 30 Żydów, którzy przechowywali się tam przez cały czas wojny i teraz wyszli po raz pierwszy na wolność".
Sądzę, że gdyby Mark rzecz wymyślił, nie podawałby numeru domu, bo jest to w końcu rzecz, którą łatwo zakwestionować, ale informacji tej (choć może być prawdziwa) historyk nie może uznać za wiarygodną bez dotarcia do źródeł.
Drugie zbiorowe morderstwo, popełnione 11 września 1944 r. na 14 lub 15 Żydach ukrywających się przy ulicy Prostej, znano dotychczas z trzech relacji. Wszystkie pochodziły z drugiej ręki. Zbadałem archiwa KC PZPR (obecnie w Archiwum Akt Nowych) i WIH, gdzie po wojnie zgromadzono większość zachowanych w Polsce archiwaliów akowskich. Odnalazłem relację naocznego świadka - niedoszłej ofiary masakry, a także dokumenty powstańcze. Są wśród nich akta śledztwa prowadzonego przez żandarmerię AK (AAN 203/X-32, AWIH III/43/72).
Dokumenty wespół z relacjami dają szansę dość dokładnej rekonstrukcji mordu przy Prostej i poprzedzających go zabójstw, pozwalają ustalić prawdopodobnych sprawców i inspiratorów.
14.
Kpt. Wacław Stykowski "Hal", rocznik 1912, pięć semestrów w Szkole Głównej Handlowej, w konspiracji od lutego 1940 roku, zajmował na początku powstania wysokie stanowisko dowódcy III Odcinka na Woli i tytuł ten utrzymał również po wycofaniu się do Śródmieścia. Dowodził samodzielnym oddziałem, który występuje w źródłach jako "zgrupowanie Hala", "III Odcinek" lub "batalion im. Sowińskiego" (w istocie był to zapewne jeden z batalionów zgrupowania).
Zgrupowanie obejmowało we wrześniu rejon Walicowa, Prostej, Twardej i Ceglanej (dziś Pereca), gdzie "Hal" miał kwaterę w magazynach browaru "Haberbusch i Schiele". Było to powstańcze eldorado, pełne żywności i alkoholu. Zaopatrywały się tam oddziały z całego Śródmieścia.
"Hal" objął terytorium, na którym do jesieni 1942 roku istniało tzw. małe getto. Po wybuchu powstania warszawskiego ukryło się tam wielu Żydów. "W rejonie ghetta, ul. Twardej i Grzybowskiej jest skoncentrowanych około 150 żydów" - czytamy w akowskim meldunku (AWIH III/43/72 t. III k. 167). "Na część tych żydów padło podejrzenie, że działają na korzyść npla. Informacje uzyskane od kapelana" - dowiadujemy się z innego raportu (AWIH III/43/72 t. IV k. 159).
15.
W 1945 roku ocalały z Zagłady garbarz Dawid Zimler podyktował relację, która przechowywana jest w AŻIH (nr 470). Po wybuchu powstania Zimler wyszedł z kryjówki i został fryzjerem w powstańczych koszarach przy Pańskiej, potem przy Ceglanej.
"Osiem dni tam goliłem i strzygłem powstańców, którzy dość dobrze się do mnie odnosili, chociaż wiedzieli, że jestem Żydem. Aż przyszedł żołnierz ze sztabu, poprosił u mnie dokumenty i się zapytał, czy jestem Żydem? Odpowiedziałem twierdząco. A ów żołnierz wyprowadził mnie do bramy, gdzie stał kpt. Haller, poznańczyk. Kapitan znacząco mrugnął do żołnierza, aby mnie wykończyć. Padł rozkaz: Do Haberbuscha, dostaniesz tam wino i cukierki". Ja wiedziałem, co to oznacza, gdyż wcześniej jeszcze zginęło takim sposobem 17 Żydów. Odmówiłem. Zaczęto mnie bić kolbą i rękami. Byłem cały w sińcach, okrwawiony. Ale mocno się trzymałem, nie chcąc za żadne skarby iść do Haberbuscha. Zaprowadzono mnie na ul. Twardą, około jakiejś zamkniętej restauracji. Eskortujący mnie porucznik i dwaj żołnierze szukali jakiejś piwnicy, aby mnie wykończyć. Na ulicy zebrał się tłum i z ust niektórych padały wyrzuty, że nie powinno się teraz mordować Żydów, że to jest praca godna dla niemców, a nie uczciwych Polaków. Porucznik jednak twierdził, że otrzymał rozkaz, który musi być wykonany. Wtem zjawił się kapitan, starszy, siwy jegomość, który zaczął perswadować, że wstyd i hańba dla nas Polaków zabijać Żyda, który w ciągu kilku lat ukrywał się przed zbirami hitlerowskimi".
Porucznik posłuchał starszej szarży i wypuścił Zimlera. "Udałem się do mego schronu na Śliskiej ulicy, do magla..."
Mamy w tym wypadku do czynienia, co należy sobie jasno uświadomić, z ewidentnym polowaniem na Żyda, a nie z akcją o motywie rabunkowym. I nie jest to akcja spontaniczna. Kapitan "Haller" (zbieżność brzmienia i adresu kwatery każe myśleć o "Halu") wydaje bowiem porucznikowi "rozkaz, który musi być wykonany".
16.
Gdy po morderstwie przy Prostej 4 żandarmeria AK prowadziła śledztwo, Leon Walicki, komendant obrony przeciwlotniczej w domu przy Twardej 30, zeznał: "Około 23 VIII 44 r. [Żydzi ukrywający się przy Prostej 4 i 6] powiadomili mnie o zaginięciu jednego z tamtejszych mieszkańców, to jest Jagodzińskiego, ubranego w jasną marynarkę, ciemne spodnie, pociągły na twarzy. Dowiedziałem się od rodziny wymienionego, że został zabrany do Gmachu Haberbuscha Ceglana 4 lub 8 (składy), skąd więcej nie powrócił. Jagodziński został zabrany, jak mi mówili, przez ludzi w mundurach AK" (AAN 203/32 k. 70).
Również w dokumentach śledztwa czytamy, że 8 lub 11 września kilku mężczyzn z opaskami AK wyciągnęło ze schronu przy ul. Waliców kobietę nazwiskiem Sokołowska, przechrzczoną Żydówkę. Jej zwłoki znalazł w gruzach szwagier i opowiedział o tym mieszkańcom schronu.
11 września trzech akowców przyszło po szwagra. "Wszyscy trzej osobnicy podeszli do szwagra zamordowanej i zażądali, aby z nimi szedł, lecz ten ociągał się, wówczas jeden z osobników powiedział: nie bój się, nic ci nie będzie i rozładował broń, idziemy tylko do D-twa - zeznała żandarmerii AK świadek Jadwiga Bokitko. - Wówczas szwagier zaproponował, aby ktoś szedł z nim. Na co osobnicy się zgodzili i poszedł jeden z mężczyzn razem, lecz mężczyzna ten, którego nazwiska nie znam, zaraz wrócił, był b. zdenerwowany i na pytania nie dawał żadnych wyjaśnień. Dnia 12-go bm. dowiedziałam się, że szwagier został zamordowany" (AAN 203/X-32 k. 67, fragment również w AWIH III/43/72 t. III k. 259).
17.
11 września (data za aktami śledztwa) około wpół do dziewiątej wieczorem w ruinach domu przy Prostej 4, gdzie ukrywało się kilkunastu Żydów, pojawiła się grupa akowców. W dwóch relacjach czytamy, że ośmio-, dziesięcioosobową grupą dowodził porucznik.
Jonas Turkow, który nie był bezpośrednim świadkiem wydarzenia i czerpał wiadomości od nie ujawnionego z nazwiska informatora, nazywa go porucznikiem "Okrzeją". Możliwe, że chodzi o ppor. "Ostoję", dowódcę batalionu w grupie "Hala", o którym czytamy w notatce kontrwywiadu AK: "Ppor. Ostoja" między okolicznymi mieszkańcami ma zarzut, jakoby zabił jakiegoś żyda, który stale przebywał w schronach, unikał wszelkich prac obywatelskich" (AWIH III/43/72 t. IV k. 23).
Akowcy wyprowadzili ze schronu mężczyzn, kobiety zostały pod strażą w piwnicy.
Oto nie publikowana dotąd relacja jedynego ocalałego z masakry, 29-letniego wówczas Janka Celnika vel Celińskiego. Zeznał on w śledztwie:
"Nas prowadzono do dowództwa nie wiadomego. Gdy wychodziliśmy z bramy Prosta 4 kazano dowody złożyć na kupę i wszystkie rzeczy osobiste sami wyjmowali nam z kieszeni i chowali cenniejsze rzeczy dla siebie.
Po dokładnej rewizji osobistej każdego z nas z osobna brano na przesłuchanie, gdzie musieliśmy odpowiadać szeptem na następujące pytania: Czy są tu jakieś dziury, w których się ukrywają żydzi? Czy nie wiemy o więcej żydach ukrytych? Gdzie ukrywaliśmy się przez cały czas wojny? Czy nie mamy łączności z innymi żydami? Ja odpowiedziałem, że mieszkam tu od chwili utraty domu i ci inni też z tego samego powodu przybyli. Zapytali wszystkich, czy są żydami - padła odpowiedź, że tak!
Pytali się, czy mamy łopaty, w innym razie z jednym ja pójdę po łopatę, a tych pięciu wykończycie, a ten ostatni pochowa tych pięciu, a ostatniego my sami pochowamy.
Kazano nam wszystkim iść naprzód w gromadzie w kierunku do Żelaznej i Pańskiej na teren otwarty. Zaczęli kolejno rozstrzeliwać.
Widząc, że obok mnie padają trupy, rzuciłem się do ucieczki na prawo w stronę Szkoły Handlowej im. Zgromadzenia Kupców. Udało mi się oddalić około 50 m, za mną biegł jeden osobnik i strzelał z rewolweru. Zostałem ranny w łopatkę i upadłem. Goniący mnie stanął nade mną i strzelał we mnie, oddając około siedmiu strzałów, z których trzy były trafne, jeden w szyję, dwa w okolice łopatki.
Myśląc, że ja nie żyję, zostawił mnie, a za chwilę zwrócił się, żeby przekonać się, czy ja żyję. Ja leżałem spokojnie i dopiero, gdy on się oddalił do swojej grupy, ja podczołgałem się do gruzów, żebym był niewidoczny. Dalszą część nocy ukrywałem się w ruinach szkoły Zgromadzenia Kupców. Następnie słyszałem dalsze strzały i krzyki innych osób w pobliżu mnie" (AAN 203/X-32 k. 64-65).
18.
Dalszemu przebiegowi zdarzeń przy Prostej 4 przypatrywali się zza murów trzej mieszkańcy schronu, którzy w chwili najścia byli nieobecni: Abram (Adam) Bursztyn, Henryk Herszbajn i Josek Tenenbaum.
Cytuję relację jednego z ocalałych, zapisaną we wspomnieniach Willenberga, który nazajutrz po masakrze spotkał Herszbajna i Bursztyna przy ulicy Prostej: "Zaciągnęli kobiety wraz z dziećmi do piwnicy. Zaraz po tym usłyszeliśmy stamtąd krzyki kobiet gwałconych przez powstańców. A potem znów seria strzałów".
19.
Jonas Turkow i Henryk Bursztyn (AŻIH rel. 1106) wyliczają ofiary mordu: Jerzy Gutman, jego żona Melania [Gutman] z domu Haspel, ich 10-letni syn Ryszard Gutman.
Ignacy Bursztyn (dyrektor "Philipsa" w Łodzi), jego żona Estera z domu Knaster, ich 11-letnia córka Noemi, siostra [Estera] Bursztyn Anka [Anna] Knaster, siostra Ignacego Bursztyna Celina Ackerman, jej 17-letnia córka Estera (lub Marysia).
Tadeusz Orlański, Tecia Szklar, 10-letnia dziewczynka nieznanego nazwiska, dentysta Szenfeld i jego żona.
"Należy zauważyć - dodaje Turkow - że Szenfeld podczas mordu nie znajdował się w bunkrze. Kiedy po powrocie dowiedział się o nieszczęściu, udał się na Ceglaną 7, gdzie mieścił się sztab zgrupowania Chrobry" [Pomyłka! Przy Ceglanej, i to pod numerem 3, był sztab zgrupowania Hala" - MC]. Przyjął go kpt. Hal", któremu opowiedział o zbrodni popełnionej przez jego żołnierzy. Po wysłuchaniu kapitan posłał z nim kilku żołnierzy rzekomo w celu przeprowadzenia śledztwa. Po drodze zastrzelili oni także Szenfelda".
20.
Najprawdopodobniej tego samego zbiorowego mordu z 11 września dotyczy poniższy fragment wydanych w 1957 roku w Londynie wspomnień [książki] kpt. Wacława Zagórskiego "Lecha Grzybowskiego", dowódcy II batalionu zgrupowania AK "Chrobry II", sąsiadującego z grupą "Hala":
"Raptem w gruzach getta, we wschodniej jego części, a więc gdzieś w pobliżu ulicy Twardej, rozlega się ostra strzelanina. (...)
Wali seria za serią z peemów.
- Co do pioruna? Pospali się wszyscy u Hala", czy puścili Niemców kanałami na swoje tyły? - Alarm! Alaaaarm!! (...)
Zbliżamy się do końca getta. (...) Na dnie wykopu niskie, sklecone z nieheblowanych desek drzwi ukazują ciemne zejście do podziemnego bunkra. Przy drzwiach stoi staruszka, otulona czarną koronkową chustą. Śmieje się sama do siebie (...).
Po kilku stromych schodkach bez barier zstępujemy do mrocznego lochu. Na lewo na kocach leży młoda kobieta z szeroko rozrzuconymi na bok rękami. Na jasnej perkalikowej sukience ciemnieją ogromne plamy krwi. Zaraz za nią, skręcona w kabłąk i wciśnięta w róg piwnicy, starsza kobieta obficie broczy krwią z przestrzelonej skroni i potylicy. Na prawo drzwi prowadzą do drugiej izby, do której skąpe światło przedostaje się przez małą szczelinę pod samym sklepieniem. W półmroku trudno policzyć skłębione pod przeciwległą ścianą ciała. Same kobiety. Na ziemi leżą pootwierane puste walizki i rozwłóczona w nieładzie ich zawartość.
(...) - Czy babcia widziała, kto strzelał?
- A widziałam, widziałam. Żołnierzyki.
- Jacy żołnierze?!
- Nasze, nasze żołnierzyki. Dobre żołnierzyki. He, he, he... Dali mi złote ruble.
Rozwija zaciśnięte palce i pokazuje na dłoni złotą monetę.
(...) Jesteśmy o kilkadziesiąt kroków od kwatery kapitana "Hala". Przed żelazną bramą, prowadzącą do magazynów Haberbuscha, zawsze pełni służbę wartownik. Musiał słyszeć strzały i może zauważył uciekających. Idziemy.
Koło wartownika stoi "Hal" w swojej szerokiej oficerskiej pelerynie do kostek.
- Miło mi powitać dzielnego sąsiada!
Uprzejme słowa podszyte są ledwie wyczuwalną nutą przekąsu. (...)
- Słyszeliście tę strzelaninę w getcie?
- Słyszałem. Kogoście tam oprawiali?
- My?! Przybiegliśmy tutaj zobaczyć, co się dzieje. A wam nie przyszło do głowy pchnąć paru ludzi dla sprawdzenia?
- Nerwy, nerwy, kapitanie... Gdybym wysłał ludzi wszędzie, skąd posłyszę strzały, biegalibyśmy bez przerwy. Myślałem, że znowu kogoś rozwalacie lub ćwiczycie swój harem.
- Ależ to wasz odcinek, nie mój! - puszczam mimo uszu złośliwość.
- Każdy ma prawo wstępu na mój odcinek. I każdy jest mile widziany. Z wyjątkiem Niemców.
- Okazuje się, że nie przez wszystkich. Pójdźcie obejrzeć swoich gości! W bunkrze leżą trupy siedmiu obrabowanych i wymordowanych Żydówek.
- Jak trupy, to nie uciekną. Co nas to obchodzi? Chodźcie lepiej do środka. Pora jest całkiem odpowiednia, żeby coś przekąsić. Żydówki, powiadacie? To niech się nimi zajmie "Ostatnia Posługa".
- Nie chodzi o pogrzeb. Trzeba przeprowadzić dochodzenie, ująć morderców.
- Od tego jest żandarmeria lub korpus bezpieczeństwa. Chodźmy, kapitanie, bo mi kiszki marsza grają.
- Dziękuję bardzo, ale nie mam ani czasu, ani apetytu. Czołem!
- Czołem!
Wracamy ulicą Ceglaną. Za Walicowem podciąga do mnie "Cześ" [Czesław Kuczera]. Coś w sobie waży.
- Słuchaj, Leszku - odzywa się wreszcie półgłosem. - Głowę daję sobie uciąć, że to te dranie z przybocznej bojówy "Hala". Niejednego już chłopaka za byle co zastrzelili i zakopali na dziedzińcu za bramą. Każdy o tym wie, ale się boją. Mówią, że takie u nich, psia ich mać, prawo wojenne. Zaszura który, to powiedzą, że nie wykonał rozkazu i fertig. Może się później procesować, gdy ziemię gryzie" (Zagórski, s. 287-290).
21.
W Archiwum Akt Nowych zachował się meldunek kapitana Zagórskiego wysłany 12 września 1944 do dowódcy zgrupowania "Chrobry II" (AAN 203/X-32 k. 58-59), w którym jest mowa o zabójstwie Sokołowskiej, jej szwagra i mężczyzny niewiadomego nazwiska (być może Jagodzińskiego), a także o zbiorowym mordzie. Zagórski melduje, że ofiary odnaleziono w dwóch miejscach - w leju od pocisku (o tym, że wrzucono tam zwłoki mężczyzn wyprowadzonych z Prostej 4 pisze też Henryk Bursztyn, AŻIH 1106) oraz "w domu przylegającym do bramy "małego ghetta" od ul. Twardej w piwnicy", gdzie znaleziono zwłoki kobiet.
Na terenie posesji Twarda 30 rozstrzelano mężczyzn z pobliskiej Prostej 4.
Kpt. dr Roman Bornstein ps. "Born", Żyd, w powstaniu naczelny lekarz zgrupowania AK "Chrobry II", podał w powojennej relacji złożonej w Yad Vashem (0-33/1157), że przy Twardej 30 zamordowano 11 września aż 30 Żydów (liczbę tę cytują historycy, m.in. Krakowski i Gilbert). Jest to moim zdaniem nieporozumienie. Bornstein, który nie był na miejscu zbrodni, zapewne, zasugerowany dwoma adresami, dwukrotnie policzył ofiary jednego i tego samego mordu.
22.
Kpt. Zagórski i kpt. dr Bornstein natychmiast zawiadomili o morderstwie władze, Bornstein spotkał się nawet z gen. Antonim Chruścielem "Monterem", dowódcą Komendy Okręgu Warszawskiego AK, faktycznym komendantem powstania. "Meldunek złożony na piśmie i poparty ustnym wyjaśnieniem wywarł na nim silne wrażenie - czytamy w relacji Bornsteina z Yad Vashem. - Był oburzony (...). Poczynił szereg notacji. Żandarmerii polecił natychmiastowe wszczęcie śledztwa. Winnych postawić pod Wojskowy Sąd Polowy".
Śledztwo wszczęto, pod sąd nikogo - jak wskazują dokumenty - nie zdążono postawić, choć po kilku dniach śledztwa aresztowano dwóch żołnierzy ze zgrupowania "Hala" (nie byli to jednak ludzie, występujący w protokołach śledztwa w obciążających okolicznościach). Zabrakło głównego świadka, bo Janek Celnik-Celiński 14 lub 15 września, dwa lub trzy dni po wyjęciu kuli z karku, uciekł ze szpitala.
W śledztwie pojawiały się różne domniemania. Raport oficera kontrwywiadu AK z 13 września stwierdza nawet (w nawiasach prawdopodobne wypełnienia miejsc uszkodzonych): "Żydzi sami, względnie przy pomocy pozost[ałych na] miejscu mętów, dokonując masowego mordu z 11 na 12 bm. [mieli na celu] jedynie usiłowanie skompromitowania AK" (AWIH III/43/72 t. III k. 167). A zatem znajduje potwierdzenie szokująca relacja zanotowana przez Willenberga: "Po kilku godzinach przyszła z ulicy Złotej żandarmeria powstańcza z oddziału "Chrobrego" [w istocie "Chrobry II" - MC]. (...) Spisali raport, który nam następnie przeczytali. (...) W raporcie było napisane, że Żydzi zabili Żydów w celach rabunkowych".
23.
W aktach śledztwa zachował się meldunek kpt. "Hala" z 13 września (AAN 203/X-32 k. 62), według którego zabójcami byli Ukraińcy albo przebrani volksdeutsche. W nie datowanej notatce oficer kontrwywiadu AK pisze z kolei, że kpt. "Hal" "udzielił szerokich informacji o zorganizowanych komunistach, dokonywujących rabunków, mordów itp. w mundurach i opaskach AK" (AWIH III/43/72 t. IV k. 219).
Dopiero 20 września kpt. "Hal" przypomniał sobie, co stało się z zabranym z Walicowa szwagrem Sokołowskiej (we wcześniejszych zeznaniach milczał na ten temat) i prowadzący śledztwo żandarm zapisał: "Jak obecnie w dniu 20 bm. ustnie oświadczył kpt. Hal, D-ca tamtego odcinka, wymieniony żyd został przyłapany na uprawianiu szpiegostwa, dowodem czego jest znalezienie zaszytych w marynarce jego dokumentów uprawniających do przechodzenia do niemców, wobec czego został przez jego ludzi zastrzelony" (AAN 203/X-32 k. 80).
Wzmianki o udziale żołnierzy "Hala" w zabójstwie pojawiły się jednak znacznie wcześniej. Już 12 września rano kpr. "Dmowski" zameldował (AAN 203/X-32 k. 61), że ok. 1 w nocy z 11 na 12 września pięcioosobowy patrol ze zgrupowania "Hala" nakrył na miejscu zbrodni przy ul. Prostej żołnierza tegoż zgrupowania, kpr. "Unruga" (vel "Mata"). W raporcie oficera kontrwywiadu AK z 21 września czytamy: "Znaleziono przy nim ["Unrugu"] złote przedmioty i 6000 zł. Jeden z patrolu, st. strz. "Kotek", widząc zmasakrowane zwłoki żydów odruchowo zastrzelił "Unruga", poczem wspólnie ze st. sierż. "Nowiną", kpr. "Noskiem", kpr. "Muchą" zakopali zwłoki Unruga w ghecie. Kosztowności i pieniądze zostały przesłane kpt. "Sępowi" [ze zgrupowania "Chrobry II"]" (AWIH III/43/72 t. IV k. 23).
Stawiam hipotezę, że zabójstwo kpr. "Unruga" i odesłanie kosztowności mogło być próbą zatarcia śladów przez morderców, którzy z jakiegoś względu postanowili znaleźć kozła ofiarnego. Może przestraszyli się wizyty kpt. Zagórskiego w kwaterze "Hala"? Może zorientowali się, grzebiąc zwłoki mężczyzn w leju, że jedna ofiara przeżyła?
Nie wyklucza to wcale, że "Unrug" mógł być jednym z morderców: "Świadek Walicki poufnie zeznał, że w okolicy Prostej i Twardej przebywał często kapr. "Mucha" oraz dwóch jego towarzyszy, jeden z nich "Mat" (kapr. "Unrug"), i według twierdzeń okolicznych mieszkańców, morderstw tych wraz z rabunkami dokonali wyżej wymienieni. Mieszkańcy jednak, czy to nastawieni przez osoby bliżej nam nieznane, lub z obawy przez zemstą, odmawiali zeznań" - pisze prowadzący śledztwo żandarm "Kłos" (AAN 203/X-32 k. 80).
24.
Kpr. "Mucha", jego brat st. strz. "Wrona" (11 września już jednak, zdaje się, nie żył), kpr. "Dmowski", strz. "Kotek", a zapewne i kpr. "Nosek" oraz kpr. "Unrug" należeli do plutonu st. sierż. "Nowiny". Kapral "Mucha" był w tym plutonie dowódcą drużyny.
"Mucha", "Dmowski" i "Kotek" przed powstaniem wspólnie prowadzili bimbrownię.
O "Musze" czytamy też w raporcie żandarma "Kłosa" z 17 września: "Ustaliłem, że kapr. "Mucha" (prawdziwe nazwisko również Mucha) z oddziału kpt. "Hala" znany jest w okolicy hal mirowskich jako handlarz oraz z tego, że od żydów w czasie, kiedy przebywali w tzw. "gecie" i wydostawali się na dzielnicę "polską", Mucha pobierał od nich łapówki, jak również od tych, którzy dostarczali żywność do dzielnicy żydowskiej wymuszał haracze" (AAN 203/X-32 k. 73).
Mucha ps. "Mucha" - bimbrownik i szmalcownik, kapral AK, był w powstaniu dowódcą drużyny, i to nie zwyczajnej, tylko rzeczywiście "przybocznej bojówy "Hala" ", o której czytamy we wspomnieniach kpt. Zagórskiego.
" "Mucha", "Wrona" i inni chodzili stale na różne rekwizycje, gdyż byli w specjalnym oddziele, których było zadaniem załatwianie spraw zleconych przez D-cę Kompanii [tak w tym dokumencie określany jest "Hal"]" - zeznał jeden z dwóch aresztowanych w sprawie, strz. "Francuz", podkreślając, że sam należy do innego plutonu i z grupą "Muchy" nie ma nic wspólnego (AAN 203/X-32 k. 76).
Kilka godzin przed mordem przy Prostej 4 "Nowina", "Mucha", "Dmowski" i "Kotek" zatrzymali sierżanta "Błażeja" ze zgrupowania "Chrobry II", którego " "Mucha", "Dmowski" i "Kotek" rozpoznali i oświadczyli, że wymieniony przed wybuchem powstania pracując w Policji Polskiej brał od nich łapówki za prowadzenie potajemnej gorzelni oraz że groził doniesieniem do Gestapo, że należą do organizacji niepodległościowej" (zeznanie st. sierż. "Nowiny", AAN 203/X-32 k. 54). "W czasie doprowadzania st. sierż. "Błażej" przyznał się do czynionych mu przez "Muchę" zarzutów i na rogu Siennej i Twardej usiłował zbiec, wówczas kpr. "Mucha" oddał około trzech strzałów do niego, a kiedy się st. sierż. "Błażej" przewrócił i męczył się w agonii, ja oddałem do niego jeden strzał" - zeznał kpr. "Dmowski" (AAN 203/X-32 k. 55).
25.
Abram Bursztyn w 1945 roku pogrzebał szczątki swoich bliskich na warszawskim Cmentarzu Żydowskim.
Kapitan Wacław Stykowski ("Gorczyc", "Hal") umarł w 1981 roku i został pochowany na Powązkach.
Michał CICHY
(W cytatach zamieszczonych w tekście zachowano ortografię oryginałów, zmodernizowano interpunkcję)
Źródła archiwalne:
AAN - Archiwum Akt Nowych w Warszawie, zespoły dawnego Centralnego Archiwum KC PZPR
AWIH - Archiwum Wojskowego Inst. Historycznego w Rembertowie
AŻIH - Archiwum Żydowskiego Inst. Historycznego w Warszawie
YV - Archiwum Inst. Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem, Jerozolima
Lektury:
Reuben Ainsztein: "The Warsaw Ghetto Revolt", Nowy Jork 1979
Marian Berland: "Dni długie jak wieki", Warszawa 1992
Martin Gilbert: "Holocaust", Glasgow 1986
Anka [Anna] Grupińska: "Po kole. Rozmowy z żydowskimi żołnierzami", Warszawa 1991
Chaim Goldstein: "Zibn in a bunker", Warszawa 1962 (cytuję za Ainszteinem, s. 192-194)
Shmuel Krakowski: "The War of the Doomed. Jewish Armed Resistance in Poland 1942-1944", Londyn - Nowy Jork 1984
Bernard Mark: "Walka i zagłada warszawskiego getta", Warszawa 1959
Vladka Meed: "On both sides of the wall", Beit Lohamei Hagetaot (Kibuc im. Bohaterów Getta) 1972
Simcha Rotem: "Wspomnienia bojowca ŻOB", Warszawa 1993
Jonas Turkow: "In kamf farn łebn", Buenos Aires 1949 (cytuję za Icchakiem Rubinem: "Żydzi w Łodzi pod niemiecką okupacją 1939-1945", Londyn 1988, s. 540)
Samuel Willenberg: "Bunt w Treblince", Warszawa 1991
Wacław Zagórski ("Lech Grzybowski"): "Wicher wolności. Dziennik powstańca", Londyn 1957
Za pomoc i radę dziękuję przede wszystkim:
Teresa Prekerowa, Konstanty Gebert, Jan Jagielski z ŻIH, Shmuel Krakowski z Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie i Andrzej Krzysztof Kunert z Archiwum Polski Podziemnej w Warszawie.
Michał CICHY
POLACY - ŻYDZI: CZARNE KARTY POWSTANIA
Michał Cichy recenzując wspomnienia Calela Perechodnika ("Gazeta o książkach" nr 11/93) napisał: "[Perechodnik] przetrwał nawet Powstanie Warszawskie, kiedy AK i NSZ wytłukły mnóstwo niedobitków z getta". Zdaniem redakcji było to niedopuszczalne uogólnienie. Są liczne dokumenty świadczące o pomocy udzielanej Żydom przez władze powstańcze. Nie istnieje żaden dokument świadczący o złym stosunku do nich tych władz. Jednocześnie jednak miały miejsce przypadki mordów na Żydach przez ludzi w powstańczych mundurach - i o tym mówi zamieszczony niżej tekst Michała Cichego.
1.
Sformułowanie o AK, NSZ, Żydach i powstaniu warszawskim było złe, za co przepraszam. Przede wszystkim pisząc, że AK i NSZ mordowały, nie miałem na myśli organizacji, ale niektórych należących do nich ludzi.
Wypadki morderstw były. Były również - obok postaw pozytywnych - przejawy antysemityzmu. Nie próbuję wyważać zapisanych w źródłach doświadczeń pozytywnych i negatywnych, poprzestaję na stwierdzeniu, że były i jedne, i drugie. Bez szczegółowej wiedzy o doświadczeniach negatywnych nie bylibyśmy w stanie zrozumieć poczucia fizycznego zagrożenia ze strony AK, obecnego w niektórych żydowskich relacjach.
Nie piszę, co chciałbym z naciskiem zaznaczyć, syntezy stosunków polsko-żydowskich w powstaniu warszawskim. Zbieram źródła (niektóre z nich wcześniej nie publikowane) dotyczące jedynie fragmentu tych stosunków. Przedstawiam i próbuję wyjaśnić epizody najczarniejsze.
2.
Znane mi są relacje, dokumenty i opracowania mówiące o zabiciu przez powstańców około 60 Żydów, w tym 44 lub 45 w dwóch zbiorowych morderstwach, z których jedno (30 ofiar NSZ-owców) jest bardzo słabo udokumentowane.
Kilkudziesięciu zabitych Żydów to statystyczny margines na tle około 200 tysięcy ofiar powstania, ale historia nie rządzi się jedynie prawami statystyki.
Wielokrotnie opisano w Polsce pomoc świadczoną Żydom przez Polaków, w tym przez podziemie. Nie jest to jednak prawda cała. Pamięć polska i pamięć żydowska po półwieczu przechowują sprzeczne obrazy wojny. Nie wierzę, żeby w takiej sytuacji realne było prawdziwe porozumienie.
Obca jest mi chęć jątrzenia, nie uważam się za siewcę nienawiści. Uważam, że za nienawiść odpowiedzialni są w dużym stopniu siewcy zapomnienia.
3.
Historycy nie zajmowali się dotąd szczegółowo dziejami Żydów w powstaniu warszawskim. Są jedynie rozdziały w syntetycznych opracowaniach. Z historyków polskich o czarnych kartach pisał tylko Andrzej Żbikowski z ŻIH w posłowiu do wspomnień Samuela Willenberga (bibliografia na końcu tekstu).
Choć w niektórych sprawach mamy dokumenty powstańcze, większość źródeł to relacje i wspomnienia żydowskie. Historyka nie powinno jednak dziwić, że wiadomości o prześladowaniach pochodzą na ogół od prześladowanych.
Nie mamy i może nigdy nie będziemy mieli najważniejszych informacji. Szacunki liczby Żydów ukrywających się w Warszawie w chwili wybuchu powstania wahają się od 7 do 30 tys. Nie wiem, skąd pochodzi powtarzana często informacja, że w szeregach powstańczych walczyło tysiąc Żydów, z których poległo 500.
Trudno sprawdzić te dane. Również podaną przez historyka Holocaustu Martina Gilberta liczbę ponad stu zabójstw na Żydach popełnionych w czasie powstania przez Polaków.
4.
Dla Polaków początek powstania był upragnionym wyzwoleniem, dla ukrywających się Żydów - szokiem, podobnym do gwałtownego wypłynięcia z głębiny na powierzchnię. Wielu ukrywających się Żydów latami nie wychodziło z kryjówek. W tak ścisłej konspiracji nie żyli nawet przywódcy podziemnego państwa.
Właściwie nie wiemy, co działo się z Żydami w chaosie pierwszych dni powstania. Przytoczonych poniżej relacji nie traktuję jako źródeł wiedzy o zabójstwach, ale jako świadectwa atmosfery tamtych dni.
"Na początku powstania likwidowano Żydów - czytamy w złożonej w Yad Vashem relacji Mieczysława Fuksa (YV 0-16/450). - Później już stosunek Polaków trochę się polepszył i widywało się znów Żydów na ulicach. Ludność pokazywała na nich palcami, nie okazywano im współczucia, stosunek był raczej obojętny, widać było zdziwienie, że zdołali przetrwać i wyśmiewano ich".
1 lub 2 sierpnia właścicielka mieszkania przy Siennej 40, która ukrywała grupę Żydów, w tym Mariana Berlanda, autora znanego pamiętnika, powiedziała (cytuję Berlanda): "Mówią na ulicy, że wybierają Żydów i którego złapią, zabijają". "Jak chceta, to idźta - dodał jej mąż. - Jak wyjdzieta, już więcej do mieszkania nie wpuszczę (...). Nie chcę ludziom na śmiech się pokazać, że Żydów u siebie chowałem".
Helena Krukowiecka, polska arystokratka, która ukrywała Żydów w mieszkaniu przy Mokotowskiej, 1 sierpnia musiała wraz z podopiecznymi zejść do schronu. "Dozorca domu splunął w moją stronę i powiedział - tfu, myślałem, że to porządna panna, a ta Żydów u siebie chowała - czytamy w jej relacji (YV 0-3/2518). - Zaraz po tym odesłał mi słoik miodu, który mu dałam dla córeczki, ze słowami, że od takiej jak ja niczego nie przyjmie. (...) Na nasz teren trafiła jakaś grupa powstańców z Woli. Szybko dowiedzieli się, jaka to 'nielojalna' Polka ze mnie. Dwaj z nich wpadli do naszego mieszkania i zaczęli je plądrować. (...) Prócz tego jeden jeszcze odgrażał się, że jak tylko się ściemni, rozwali mnie za to, że chowałam Żydów. Od tej chwili wystrzegałam się ich".
5.
Z relacji Staszka [Stanisława] Aronsona, w czasie powstania żołnierza AK (list w posiadaniu Teresy Prekerowej), dowiedziałem się, że już 1 sierpnia powstańcy uwolnili z baraków na dawnym Umschlagplatzu przy Stawkach kilkudziesięciu żydowskich więźniów.
Rozpoczęły się kilkudniowe walki o Gęsiówkę - więzienie i założony na gruzach getta obóz koncentracyjny, w którym Niemcy przetrzymywali kilkuset Żydów, głównie węgierskich, greckich i francuskich. 348 Żydów uwolnił 5 sierpnia batalion AK "Zośka". Wielu ocalonych chciało wstąpić w szeregi powstańców. Kilku, którzy znali się na technice, przyjęto do plutonu pancernego batalionu "Zośki", inni walczyli w równie doborowych baonach AK "Parasol" i "Wigry". Bodaj najliczniejsza grupa wstąpiła do AL.
Jak wspominał jeden z uwolnionych, Bronisław Anlen (AŻIH, relacja 259), na Gęsiówce zdarzył się jeden tragiczny incydent - powstańcy rozstrzelali trzech Żydów niemieckich, których wzięto za przebranych w pasiaki esesmanów.
6.
W przeddzień szturmu na Gęsiówkę powstał jedyny znany mi dokument centralnych władz powstańczych, w którym mowa jest wprost o Żydach. 4 sierpnia szef sztabu KG AK gen. Tadeusz Pełczyński "Grzegorz" wysłał do dowódcy okręgu warszawskiego AK płk. Antoniego Chruściela "Montera" notatkę tej treści:
"Zawiadamiam Was, iż na terenie Woli wypłynęło zagadnienie internowanych Żydów z Jugosławii, Grecji itd. Część tych Żydów została uwolniona przez nasze oddziały z rąk niemieckich. Przewidźcie przygotowanie tymczasowego obozu, gdzie kierowano by wszystkich uwolnionych Żydów i inne niepożądane elementy. Oddziały winny dostać wskazówki, które wykluczałyby ewentualne ekscesy w stosunku do Żydów" (AWIH III/40/12, k. 25).
Notatka jest dwuznaczna. Z jednej strony gen. Pełczyński troszczy się o to, żeby uwolnionym Żydom nie stała się krzywda, z drugiej proponuje, żeby ich izolować. Nie jest też jasne, kto mógłby zdaniem gen. Pełczyńskiego dopuścić się "ekscesów" - cywile czy oddziały AK (jeśli nie dostaną specjalnych wskazówek). Złe wrażenie robi sformułowanie "Żydzi i inne niepożądane elementy", ale z drugiej strony należy pamiętać, że mowa jest o obywatelach państw obcych, okupowanych, a władze powstańcze stosowały wobec obcokrajowców szczególne procedury.
7.
"Niepożądane elementy" powstańcy osadzali w obozach internowania. Trafiali tam Niemcy, volksdeutsche oraz Ukraińcy i Białorusini jako przedstawiciele "mniejszości narodowych współpracujących z Niemcami". Żydów w obozach nie zamykano.
Izolowano ludzi najbardziej, z punktu widzenia władz powstańczych, podejrzanych. Wszyscy cudzoziemcy mieli natomiast być rejestrowani w komisariatach powstańczej policji - Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa.
"Wyjaśniam, że przez cudzoziemców należy rozumieć wszelkie osoby innej narodowości niż polska, choćby nawet miały obywatelstwo polskie z okresu przed 1 września 1939 r." - instruował 25 sierpnia 1944 r. szefów komisariatów PKB kierownik referatu bezpieczeństwa delegatury dzielnicy Śródmieście (AAN 202/XX-24 k. 149). Według tej instrukcji polskiego Żyda należało uznać za cudzoziemca i umieścić w ewidencji.
W archiwum WIH udało mi się znaleźć jeden spis cudzoziemców, sporządzony w VIII komisariacie PKB (rejon Siennej, Złotej, Twardej). Wśród 25 osób różnych narodowości na liście cudzoziemców jest małżeństwo Gawęckich, oboje urodzeni w Wilnie, narodowość "polska, z pochodzenia żyd".
Dyskryminacja ta miała prawdopodobnie charakter formalny. Czytałem dokumenty świadczące, że Żydzi otrzymywali od władz powstańczych przydziały żywności i kwater na równi z ludnością polską. Dochodziło zresztą na tym tle do konfliktów.
"Ujawniły się pewne grupy żydów (...). Z tymi grupami na terenie tutejszego Rejonu powstały trudności w zakwaterowaniu - informował 25 sierpnia delegat (przedstawiciel cywilnych władz) Śródmieścia w piśmie do Delegatury Okręgowej (AAN 202/XX-24 k. 152). - Zgłaszają się bowiem o przydziały mieszkań, które referat kwaterunkowy im przydziela, lecz wykonanie nakazu rekwizycyjnego (przydzielającego mieszkanie) napotyka na silny opór komendantów OPL [obrony przeciwlotniczej] domów i ludności (...). Liczyć się należy, że kwestia stosunku ludności polskiej do żydów może przybrać szersze i drażliwe formy".
Vladka Meed, wówczas Fejga Peltel-Międzyrzecka, łączniczka Bundu, relacjonuje w swych wspomnieniach przypadki wypędzania Żydów ze schronów nawet w czasie bombardowań - tak zdaniem Meed zginął przy ulicy Śliskiej inżynier Golde. "Doszło do tego, że ludność żydowska zorganizowała własne kuchnie na ulicy Mariańskiej obok baru 'Rzym', aby w ten sposób uniknąć spotkań z elementami antysemickimi" - wspominał po wojnie Stefan Sendłak, członek Rady Pomocy Żydom "Żegota", wówczas zastępca delegata rejonu Śródmieście-Północ (maszynopis w posiadaniu Teresy Prekerowej). W innej wersji swej relacji (również w posiadaniu T. Prekerowej) Sendłak po tym zdaniu dodaje: "Kuchnia ta otrzymywała aprowizację z Delegatury". Podobnie jak inne kuchnie dla ludności cywilnej.
Cywilne władze powstania traktowały Żydów dobrze, ale nie były w stanie uchronić ich przed niechęcią lub agresją niektórych cywilów. Vladka Meed wspomina odwiedziny u 20 Żydów, którzy schowali się w piwnicy przy Siennej 28, gdzie wcześniej urządzono cmentarz. Przed jej wizytą pocisk zniszczył kilka grobów. "Żydzi z chusteczkami przy nosach i ustach zbierali z ziemi ludzkie szczątki. Smród rozkładających się ciał był nie do zniesienia (...). Ale woleli zostać w tej dusznej norze i zakopywać strzępy ludzkich ciał niż wyjść. Piwnica była dla nich makabrycznym schronieniem przed polskimi grabieżcami".
8.
We wspomnieniach Willenberga czytamy, że większość Żydów walczących w szeregach AK lękała się przyznać do żydostwa i występowała pod przybranymi nazwiskami. O podawaniu się Żydów walczących w AK za Polaków czytamy również w innych źródłach, m.in. we wspomnieniach kpt. Wacława Zagórskiego i Simchy Rotema, relacjach Aliny Grelewskiej (YV 0-3/1617) i Mieczysława Fuksa (YV 0-16/450). Dużo musiało zależeć od konkretnych okoliczności, na przykład mniej lub bardziej żydowskiego wyglądu czy akcentu.
Różnie musiało być w różnych dzielnicach i oddziałach. Znane są bowiem relacje, w których Żydzi (w tym członkowie AK) stwierdzają, że nie doświadczyli antysemityzmu w czasie powstania. Efraim Krasucki ps. "Kazimierz", wspominał w roku 1946 (AŻIH, rel. 1539): "W kompanii naszej na Starym Mieście było kilkanaście osób (Żydów) o wybitnie semickiej powierzchowności, lecz nikt na to nie zwracał uwagi. Nie było wypadku, by taki był wyróżniony lub źle przez kogoś traktowany. Jeśli chodzi o osobę moją i przyjaciela mego A. Rotrubina, pomimo że dowódca nasz kpt. Kalinowski znał nasze pochodzenie, wyróżniał nas jednak in plus. (...) Gdy dnia 7 sierpnia 1944 r. (...) miano przydzielić dwóch pewnych ludzi dla eskorty delegatom Rządu Londyńskiego udającym się ze Starego Miasta do śródmieścia z jakąś ważną misją, kpt. Kalinowski wybrał mnie i Rotrubina jako najbardziej pewnych i godnych zaufania ludzi".
Trudno zatem o generalną ocenę stosunku polskich żołnierzy AK do żydowskich towarzyszy broni. Oprócz relacji, z natury subiektywnych, brakuje źródeł. Zachowany w Wojskowym Instytucie Historycznym dokument, prawdopodobnie sporządzony przez kontrwywiad AK, stwierdza jednak: "Ogólne jest narzekanie wojska, że żołnierze żydzi przeważnie zatrudnieni są w kuchni przy BIP-ie [Biurze Informacji i Propagandy] lub innych dekowanych funkcjach" (AWIH III/43/72 t. III k. 128).
9.
Samuel Willenberg, w sierpniu 1943 jeden z uczestników powstania w Treblince, wstępując rok później w Śródmieściu do oddziału kapitana Dębskiego ("Lodeckiego") w batalionie AK "Ruczaj" postanowił nie ukrywać, że jest Żydem i ujawnił prawdziwe nazwisko. Początkowo wszystko układało się dobrze, ale któregoś dnia przyjaciółka łączniczka ostrzegła go: "Igo, jest tu kilku typów z NSZ, którzy chcą cię rozstrzelać, bo jesteś Żydem. Do mnie też przychodzili z pogróżkami, że zadaję się z Żydem". Trudno mi było w to uwierzyć. Jednak tego samego dnia, kiedy na barykadzie na Marszałkowskiej strzelałem w stronę placu Zbawiciela, padł strzał. Kula świsnęła nad moim uchem. Gdy odwróciłem się przerażony, zobaczyłem znikającą w otworze lufę karabinu. Nie mogłem uwierzyć, że moi koledzy, którzy wraz ze mną przelewają krew, po tym wszystkim cośmy razem przeżyli, po wszystkich walkach, któreśmy razem stoczyli, chcą mnie zabić za to, że jestem Żydem".
Willenberg przeniósł się do ugrupowania socjalistów - Polskiej Armii Ludowej (PAL). Z tych samych motywów, a niekoniecznie z powodu politycznych sympatii, wielu Żydów wstępowało do komunistycznej AL.
10.
3 sierpnia komendant Żydowskiej Organizacji Bojowej Icchak Cukierman "Antek", syjonista, zaapelował do Żydów warszawskich o zgłaszanie się do szeregów powstańczych, nie wymieniając nazwy żadnej organizacji. "Antek" chciał podporządkować oddział ŻOB Armii Krajowej, ale w końcu 22-osobowa jednostka, składająca się z uczestników powstania w getcie, weszła w skład AL na Starówce.
"Byłem w AL-u dlatego, że AK chciało mnie zastrzelić, bo powiedzieli, że mam fałszywą kenkartę i jestem Żydem - szpiegiem (...) - wspominał członek oddziału ŻOB Marek Edelman. - Mnie udało się wyrzucić karteczkę przez piwnicę i Kamiński mnie stamtąd wyciągnął. (...) A potem mnie jeszcze parę razy AK stawiało pod murem, bo Żydzi to jest błąd, a żandarmeria na Starym Mieście to była ONR-owska, czysta Falanga" (Grupińska, s. 24).
Paradoksem jest, że do przejścia grupy ŻOB-owców w szeregi AL przyczynił się jeden z najwybitniejszych działaczy AK Aleksander Kamiński, redaktor naczelny najważniejszego pisma akowskiego - "Biuletynu Informacyjnego", autor słynnych "Kamieni na szaniec". To on opowiedział ŻOB-owcom o zastrzeleniu 1 sierpnia przez patrol AK Jurka Grasberga (lub Gazberga), niegdyś korespondenta "Biuletynu" w getcie i bliskiego współpracownika Kamińskiego.
"Jurka zastrzelono na podwórku na ulicy Pańskiej 7 - pisze we wspomnieniach żołnierz ŻOB Simcha Rotem (wówczas Szymon Ratajzer "Kazik"). - Oddział AK zobaczywszy go z bronią w ręku uznał, że ma przed sobą Żyda i zdrajcę zarazem, i postanowił wykonać wyrok na miejscu. W tej sytuacji pan Kamiński poradził, byśmy znaleźli sobie oddział, w którym będziemy bezpieczni. Byliśmy zupełnie zdezorientowani, zwłaszcza że tego samego dnia żandarmeria AK aresztowała innego naszego współpracownika. Cudem udało mi się być przy tym, interweniować i uratować mu, jak sądzę, życie".
11.
Motyw "Żyda - niemieckiego szpiega" występuje w licznych relacjach (oprócz cytowanych wyżej również Pnina Grynszpan-Frymer w książce Grupińskiej, Vladka Meed, Marian Berland, Samuel Willenberg), a także w dokumentach, które przytoczę później, opisując morderstwo przy ulicy Prostej. Można zatem założyć, że oskarżenia Żydów o współpracę z Niemcami były w czasie powstania nierzadkie. "Skoro przeżyli, musieli współpracować" - według Bronisława Anlena (AŻIH 259) opinia taka była powszechna. Oskarżenia o sympatie prosowieckie spotyka się w źródłach rzadziej.
Zarzut kolaboracji z Niemcami mógł skończyć się w powstaniu egzekucją bez sądu. A stawiano go często z tak absurdalnego powodu jak posiadanie fałszywych dokumentów, tzw. aryjskich papierów.
"Kilka osób, chrześcijan, w tym jedna kobieta, przyprowadziło do biura delegatury [Śródmieścia] na ulicy Złotej 7 osób, w tym 3 kobiety, pod zarzutem szpiegostwa. (...) Zarzut szpiegostwa wynikał stąd, że zatrzymani legitymowali się aryjskimi dowodami osobistymi, a byli znani jako Żydzi" - wspominał Stefan Sendłak. Mieli szczęście, że trafili na działacza "Żegoty".
Uwięziony przez żandarmerię Edelman też miał szczęście, bo ktoś znalazł jego karteczkę i pomoc zdążyła na czas. Nie stało się tak w przypadku pewnego Żyda - członka PAL, aresztowanego przez AK na Czerniakowie, którego z kwatery przy ul. Okrąg usiłował wydostać Willenberg.
Przy aresztowanym znaleziono listę żydowskich nazwisk, którą obecny w sztabie pułkownik AK nazwał (cytuję Willenberga) "spisem wszystkich żydowskich konfidentów Warszawy", a która była w istocie listą podopiecznych żydowskich organizacji opiekuńczych. Adiutantka pułkownika, która wyszła za Willenbergiem z gabinetu, przyznała się szeptem, że jest Żydówką i powiedziała, że aresztowany został rozstrzelany.
Vladka Meed opisuje, jak 5 sierpnia patrol AK zatrzymał trzech Żydów, którzy schronili się przed ostrzałem w budynku na rogu Chmielnej i Żelaznej. "Wzięto ich pod straż pod zarzutem, że są niemieckimi szpiegami. Kiedy ich rewidowano w pustym domu, weszło kilku umundurowanych i uzbrojonych ludzi, którzy zaczęli ich bić, oznajmiając cynicznie, że w wolnej Polsce nie będzie miejsca dla Żydów. Dwóch z nich - Lutek Friedman i Adek - zdołało wyskoczyć oknem pod gradem kul. Lutek złamał stopę, ale obaj przeżyli. Trzeci - Jeszije Solomon - zginął na miejscu".
12.
Chaim Goldstein we wspomnieniach, które cytuję za Reubenem Ainszteinem, opisuje trzy zabójstwa, których był świadkiem. Na grupę dawnych więźniów Gęsiówki, budujących barykadę przy Miodowej, napadli nie zidentyfikowani powstańcy. Krzycząc: "Wystrzelać ich! Nie chcemy tu Żydów!" - zastrzelili dwóch ubranych jeszcze w obozowe pasiaki.
Później, kiedy ich grupa kopała rowy w innym miejscu, Goldstein usłyszał serię i zobaczył zwijającego się w agonii Żyda, a nad nim akowca z pistoletem maszynowym. "Do diabła z nim, to Żyd!" - miał powiedzieć morderca i odszedł nie niepokojony. "Cóż mogę zrobić? On nie jest z mojego oddziału" - usprawiedliwiał się dowódca grupy robotników, porucznik AK.
13.
Wspominałem już, że w źródłach i opracowaniach jest mowa o dwóch morderstwach zbiorowych. O jednym z nich mowa jest wyłącznie w nie popartym źródłowo fragmencie z monografii "Walka i zagłada warszawskiego getta" Bernarda Marka, wydanej w Warszawie w roku 1959. Fragment ten brzmi: "Oddział NSZ ze Starego Miasta zamordował podczas powstania na Długiej 25 grupę 30 Żydów, którzy przechowywali się tam przez cały czas wojny i teraz wyszli po raz pierwszy na wolność".
Sądzę, że gdyby Mark rzecz wymyślił, nie podawałby numeru domu, bo jest to w końcu rzecz, którą łatwo zakwestionować, ale informacji tej (choć może być prawdziwa) historyk nie może uznać za wiarygodną bez dotarcia do źródeł.
Drugie zbiorowe morderstwo, popełnione 11 września 1944 r. na 14 lub 15 Żydach ukrywających się przy ulicy Prostej, znano dotychczas z trzech relacji. Wszystkie pochodziły z drugiej ręki. Zbadałem archiwa KC PZPR (obecnie w Archiwum Akt Nowych) i WIH, gdzie po wojnie zgromadzono większość zachowanych w Polsce archiwaliów akowskich. Odnalazłem relację naocznego świadka - niedoszłej ofiary masakry, a także dokumenty powstańcze. Są wśród nich akta śledztwa prowadzonego przez żandarmerię AK (AAN 203/X-32, AWIH III/43/72).
Dokumenty wespół z relacjami dają szansę dość dokładnej rekonstrukcji mordu przy Prostej i poprzedzających go zabójstw, pozwalają ustalić prawdopodobnych sprawców i inspiratorów.
14.
Kpt. Wacław Stykowski "Hal", rocznik 1912, pięć semestrów w Szkole Głównej Handlowej, w konspiracji od lutego 1940 roku, zajmował na początku powstania wysokie stanowisko dowódcy III Odcinka na Woli i tytuł ten utrzymał również po wycofaniu się do Śródmieścia. Dowodził samodzielnym oddziałem, który występuje w źródłach jako "zgrupowanie Hala", "III Odcinek" lub "batalion im. Sowińskiego" (w istocie był to zapewne jeden z batalionów zgrupowania).
Zgrupowanie obejmowało we wrześniu rejon Walicowa, Prostej, Twardej i Ceglanej (dziś Pereca), gdzie "Hal" miał kwaterę w magazynach browaru "Haberbusch i Schiele". Było to powstańcze eldorado, pełne żywności i alkoholu. Zaopatrywały się tam oddziały z całego Śródmieścia.
"Hal" objął terytorium, na którym do jesieni 1942 roku istniało tzw. małe getto. Po wybuchu powstania warszawskiego ukryło się tam wielu Żydów. "W rejonie ghetta, ul. Twardej i Grzybowskiej jest skoncentrowanych około 150 żydów" - czytamy w akowskim meldunku (AWIH III/43/72 t. III k. 167). "Na część tych żydów padło podejrzenie, że działają na korzyść npla. Informacje uzyskane od kapelana" - dowiadujemy się z innego raportu (AWIH III/43/72 t. IV k. 159).
15.
W 1945 roku ocalały z Zagłady garbarz Dawid Zimler podyktował relację, która przechowywana jest w AŻIH (nr 470). Po wybuchu powstania Zimler wyszedł z kryjówki i został fryzjerem w powstańczych koszarach przy Pańskiej, potem przy Ceglanej.
"Osiem dni tam goliłem i strzygłem powstańców, którzy dość dobrze się do mnie odnosili, chociaż wiedzieli, że jestem Żydem. Aż przyszedł żołnierz ze sztabu, poprosił u mnie dokumenty i się zapytał, czy jestem Żydem? Odpowiedziałem twierdząco. A ów żołnierz wyprowadził mnie do bramy, gdzie stał kpt. Haller, poznańczyk. Kapitan znacząco mrugnął do żołnierza, aby mnie wykończyć. Padł rozkaz: Do Haberbuscha, dostaniesz tam wino i cukierki". Ja wiedziałem, co to oznacza, gdyż wcześniej jeszcze zginęło takim sposobem 17 Żydów. Odmówiłem. Zaczęto mnie bić kolbą i rękami. Byłem cały w sińcach, okrwawiony. Ale mocno się trzymałem, nie chcąc za żadne skarby iść do Haberbuscha. Zaprowadzono mnie na ul. Twardą, około jakiejś zamkniętej restauracji. Eskortujący mnie porucznik i dwaj żołnierze szukali jakiejś piwnicy, aby mnie wykończyć. Na ulicy zebrał się tłum i z ust niektórych padały wyrzuty, że nie powinno się teraz mordować Żydów, że to jest praca godna dla niemców, a nie uczciwych Polaków. Porucznik jednak twierdził, że otrzymał rozkaz, który musi być wykonany. Wtem zjawił się kapitan, starszy, siwy jegomość, który zaczął perswadować, że wstyd i hańba dla nas Polaków zabijać Żyda, który w ciągu kilku lat ukrywał się przed zbirami hitlerowskimi".
Porucznik posłuchał starszej szarży i wypuścił Zimlera. "Udałem się do mego schronu na Śliskiej ulicy, do magla..."
Mamy w tym wypadku do czynienia, co należy sobie jasno uświadomić, z ewidentnym polowaniem na Żyda, a nie z akcją o motywie rabunkowym. I nie jest to akcja spontaniczna. Kapitan "Haller" (zbieżność brzmienia i adresu kwatery każe myśleć o "Halu") wydaje bowiem porucznikowi "rozkaz, który musi być wykonany".
16.
Gdy po morderstwie przy Prostej 4 żandarmeria AK prowadziła śledztwo, Leon Walicki, komendant obrony przeciwlotniczej w domu przy Twardej 30, zeznał: "Około 23 VIII 44 r. [Żydzi ukrywający się przy Prostej 4 i 6] powiadomili mnie o zaginięciu jednego z tamtejszych mieszkańców, to jest Jagodzińskiego, ubranego w jasną marynarkę, ciemne spodnie, pociągły na twarzy. Dowiedziałem się od rodziny wymienionego, że został zabrany do Gmachu Haberbuscha Ceglana 4 lub 8 (składy), skąd więcej nie powrócił. Jagodziński został zabrany, jak mi mówili, przez ludzi w mundurach AK" (AAN 203/32 k. 70).
Również w dokumentach śledztwa czytamy, że 8 lub 11 września kilku mężczyzn z opaskami AK wyciągnęło ze schronu przy ul. Waliców kobietę nazwiskiem Sokołowska, przechrzczoną Żydówkę. Jej zwłoki znalazł w gruzach szwagier i opowiedział o tym mieszkańcom schronu.
11 września trzech akowców przyszło po szwagra. "Wszyscy trzej osobnicy podeszli do szwagra zamordowanej i zażądali, aby z nimi szedł, lecz ten ociągał się, wówczas jeden z osobników powiedział: nie bój się, nic ci nie będzie i rozładował broń, idziemy tylko do D-twa - zeznała żandarmerii AK świadek Jadwiga Bokitko. - Wówczas szwagier zaproponował, aby ktoś szedł z nim. Na co osobnicy się zgodzili i poszedł jeden z mężczyzn razem, lecz mężczyzna ten, którego nazwiska nie znam, zaraz wrócił, był b. zdenerwowany i na pytania nie dawał żadnych wyjaśnień. Dnia 12-go bm. dowiedziałam się, że szwagier został zamordowany" (AAN 203/X-32 k. 67, fragment również w AWIH III/43/72 t. III k. 259).
17.
11 września (data za aktami śledztwa) około wpół do dziewiątej wieczorem w ruinach domu przy Prostej 4, gdzie ukrywało się kilkunastu Żydów, pojawiła się grupa akowców. W dwóch relacjach czytamy, że ośmio-, dziesięcioosobową grupą dowodził porucznik.
Jonas Turkow, który nie był bezpośrednim świadkiem wydarzenia i czerpał wiadomości od nie ujawnionego z nazwiska informatora, nazywa go porucznikiem "Okrzeją". Możliwe, że chodzi o ppor. "Ostoję", dowódcę batalionu w grupie "Hala", o którym czytamy w notatce kontrwywiadu AK: "Ppor. Ostoja" między okolicznymi mieszkańcami ma zarzut, jakoby zabił jakiegoś żyda, który stale przebywał w schronach, unikał wszelkich prac obywatelskich" (AWIH III/43/72 t. IV k. 23).
Akowcy wyprowadzili ze schronu mężczyzn, kobiety zostały pod strażą w piwnicy.
Oto nie publikowana dotąd relacja jedynego ocalałego z masakry, 29-letniego wówczas Janka Celnika vel Celińskiego. Zeznał on w śledztwie:
"Nas prowadzono do dowództwa nie wiadomego. Gdy wychodziliśmy z bramy Prosta 4 kazano dowody złożyć na kupę i wszystkie rzeczy osobiste sami wyjmowali nam z kieszeni i chowali cenniejsze rzeczy dla siebie.
Po dokładnej rewizji osobistej każdego z nas z osobna brano na przesłuchanie, gdzie musieliśmy odpowiadać szeptem na następujące pytania: Czy są tu jakieś dziury, w których się ukrywają żydzi? Czy nie wiemy o więcej żydach ukrytych? Gdzie ukrywaliśmy się przez cały czas wojny? Czy nie mamy łączności z innymi żydami? Ja odpowiedziałem, że mieszkam tu od chwili utraty domu i ci inni też z tego samego powodu przybyli. Zapytali wszystkich, czy są żydami - padła odpowiedź, że tak!
Pytali się, czy mamy łopaty, w innym razie z jednym ja pójdę po łopatę, a tych pięciu wykończycie, a ten ostatni pochowa tych pięciu, a ostatniego my sami pochowamy.
Kazano nam wszystkim iść naprzód w gromadzie w kierunku do Żelaznej i Pańskiej na teren otwarty. Zaczęli kolejno rozstrzeliwać.
Widząc, że obok mnie padają trupy, rzuciłem się do ucieczki na prawo w stronę Szkoły Handlowej im. Zgromadzenia Kupców. Udało mi się oddalić około 50 m, za mną biegł jeden osobnik i strzelał z rewolweru. Zostałem ranny w łopatkę i upadłem. Goniący mnie stanął nade mną i strzelał we mnie, oddając około siedmiu strzałów, z których trzy były trafne, jeden w szyję, dwa w okolice łopatki.
Myśląc, że ja nie żyję, zostawił mnie, a za chwilę zwrócił się, żeby przekonać się, czy ja żyję. Ja leżałem spokojnie i dopiero, gdy on się oddalił do swojej grupy, ja podczołgałem się do gruzów, żebym był niewidoczny. Dalszą część nocy ukrywałem się w ruinach szkoły Zgromadzenia Kupców. Następnie słyszałem dalsze strzały i krzyki innych osób w pobliżu mnie" (AAN 203/X-32 k. 64-65).
18.
Dalszemu przebiegowi zdarzeń przy Prostej 4 przypatrywali się zza murów trzej mieszkańcy schronu, którzy w chwili najścia byli nieobecni: Abram (Adam) Bursztyn, Henryk Herszbajn i Josek Tenenbaum.
Cytuję relację jednego z ocalałych, zapisaną we wspomnieniach Willenberga, który nazajutrz po masakrze spotkał Herszbajna i Bursztyna przy ulicy Prostej: "Zaciągnęli kobiety wraz z dziećmi do piwnicy. Zaraz po tym usłyszeliśmy stamtąd krzyki kobiet gwałconych przez powstańców. A potem znów seria strzałów".
19.
Jonas Turkow i Henryk Bursztyn (AŻIH rel. 1106) wyliczają ofiary mordu: Jerzy Gutman, jego żona Melania [Gutman] z domu Haspel, ich 10-letni syn Ryszard Gutman.
Ignacy Bursztyn (dyrektor "Philipsa" w Łodzi), jego żona Estera z domu Knaster, ich 11-letnia córka Noemi, siostra [Estera] Bursztyn Anka [Anna] Knaster, siostra Ignacego Bursztyna Celina Ackerman, jej 17-letnia córka Estera (lub Marysia).
Tadeusz Orlański, Tecia Szklar, 10-letnia dziewczynka nieznanego nazwiska, dentysta Szenfeld i jego żona.
"Należy zauważyć - dodaje Turkow - że Szenfeld podczas mordu nie znajdował się w bunkrze. Kiedy po powrocie dowiedział się o nieszczęściu, udał się na Ceglaną 7, gdzie mieścił się sztab zgrupowania Chrobry" [Pomyłka! Przy Ceglanej, i to pod numerem 3, był sztab zgrupowania Hala" - MC]. Przyjął go kpt. Hal", któremu opowiedział o zbrodni popełnionej przez jego żołnierzy. Po wysłuchaniu kapitan posłał z nim kilku żołnierzy rzekomo w celu przeprowadzenia śledztwa. Po drodze zastrzelili oni także Szenfelda".
20.
Najprawdopodobniej tego samego zbiorowego mordu z 11 września dotyczy poniższy fragment wydanych w 1957 roku w Londynie wspomnień [książki] kpt. Wacława Zagórskiego "Lecha Grzybowskiego", dowódcy II batalionu zgrupowania AK "Chrobry II", sąsiadującego z grupą "Hala":
"Raptem w gruzach getta, we wschodniej jego części, a więc gdzieś w pobliżu ulicy Twardej, rozlega się ostra strzelanina. (...)
Wali seria za serią z peemów.
- Co do pioruna? Pospali się wszyscy u Hala", czy puścili Niemców kanałami na swoje tyły? - Alarm! Alaaaarm!! (...)
Zbliżamy się do końca getta. (...) Na dnie wykopu niskie, sklecone z nieheblowanych desek drzwi ukazują ciemne zejście do podziemnego bunkra. Przy drzwiach stoi staruszka, otulona czarną koronkową chustą. Śmieje się sama do siebie (...).
Po kilku stromych schodkach bez barier zstępujemy do mrocznego lochu. Na lewo na kocach leży młoda kobieta z szeroko rozrzuconymi na bok rękami. Na jasnej perkalikowej sukience ciemnieją ogromne plamy krwi. Zaraz za nią, skręcona w kabłąk i wciśnięta w róg piwnicy, starsza kobieta obficie broczy krwią z przestrzelonej skroni i potylicy. Na prawo drzwi prowadzą do drugiej izby, do której skąpe światło przedostaje się przez małą szczelinę pod samym sklepieniem. W półmroku trudno policzyć skłębione pod przeciwległą ścianą ciała. Same kobiety. Na ziemi leżą pootwierane puste walizki i rozwłóczona w nieładzie ich zawartość.
(...) - Czy babcia widziała, kto strzelał?
- A widziałam, widziałam. Żołnierzyki.
- Jacy żołnierze?!
- Nasze, nasze żołnierzyki. Dobre żołnierzyki. He, he, he... Dali mi złote ruble.
Rozwija zaciśnięte palce i pokazuje na dłoni złotą monetę.
(...) Jesteśmy o kilkadziesiąt kroków od kwatery kapitana "Hala". Przed żelazną bramą, prowadzącą do magazynów Haberbuscha, zawsze pełni służbę wartownik. Musiał słyszeć strzały i może zauważył uciekających. Idziemy.
Koło wartownika stoi "Hal" w swojej szerokiej oficerskiej pelerynie do kostek.
- Miło mi powitać dzielnego sąsiada!
Uprzejme słowa podszyte są ledwie wyczuwalną nutą przekąsu. (...)
- Słyszeliście tę strzelaninę w getcie?
- Słyszałem. Kogoście tam oprawiali?
- My?! Przybiegliśmy tutaj zobaczyć, co się dzieje. A wam nie przyszło do głowy pchnąć paru ludzi dla sprawdzenia?
- Nerwy, nerwy, kapitanie... Gdybym wysłał ludzi wszędzie, skąd posłyszę strzały, biegalibyśmy bez przerwy. Myślałem, że znowu kogoś rozwalacie lub ćwiczycie swój harem.
- Ależ to wasz odcinek, nie mój! - puszczam mimo uszu złośliwość.
- Każdy ma prawo wstępu na mój odcinek. I każdy jest mile widziany. Z wyjątkiem Niemców.
- Okazuje się, że nie przez wszystkich. Pójdźcie obejrzeć swoich gości! W bunkrze leżą trupy siedmiu obrabowanych i wymordowanych Żydówek.
- Jak trupy, to nie uciekną. Co nas to obchodzi? Chodźcie lepiej do środka. Pora jest całkiem odpowiednia, żeby coś przekąsić. Żydówki, powiadacie? To niech się nimi zajmie "Ostatnia Posługa".
- Nie chodzi o pogrzeb. Trzeba przeprowadzić dochodzenie, ująć morderców.
- Od tego jest żandarmeria lub korpus bezpieczeństwa. Chodźmy, kapitanie, bo mi kiszki marsza grają.
- Dziękuję bardzo, ale nie mam ani czasu, ani apetytu. Czołem!
- Czołem!
Wracamy ulicą Ceglaną. Za Walicowem podciąga do mnie "Cześ" [Czesław Kuczera]. Coś w sobie waży.
- Słuchaj, Leszku - odzywa się wreszcie półgłosem. - Głowę daję sobie uciąć, że to te dranie z przybocznej bojówy "Hala". Niejednego już chłopaka za byle co zastrzelili i zakopali na dziedzińcu za bramą. Każdy o tym wie, ale się boją. Mówią, że takie u nich, psia ich mać, prawo wojenne. Zaszura który, to powiedzą, że nie wykonał rozkazu i fertig. Może się później procesować, gdy ziemię gryzie" (Zagórski, s. 287-290).
21.
W Archiwum Akt Nowych zachował się meldunek kapitana Zagórskiego wysłany 12 września 1944 do dowódcy zgrupowania "Chrobry II" (AAN 203/X-32 k. 58-59), w którym jest mowa o zabójstwie Sokołowskiej, jej szwagra i mężczyzny niewiadomego nazwiska (być może Jagodzińskiego), a także o zbiorowym mordzie. Zagórski melduje, że ofiary odnaleziono w dwóch miejscach - w leju od pocisku (o tym, że wrzucono tam zwłoki mężczyzn wyprowadzonych z Prostej 4 pisze też Henryk Bursztyn, AŻIH 1106) oraz "w domu przylegającym do bramy "małego ghetta" od ul. Twardej w piwnicy", gdzie znaleziono zwłoki kobiet.
Na terenie posesji Twarda 30 rozstrzelano mężczyzn z pobliskiej Prostej 4.
Kpt. dr Roman Bornstein ps. "Born", Żyd, w powstaniu naczelny lekarz zgrupowania AK "Chrobry II", podał w powojennej relacji złożonej w Yad Vashem (0-33/1157), że przy Twardej 30 zamordowano 11 września aż 30 Żydów (liczbę tę cytują historycy, m.in. Krakowski i Gilbert). Jest to moim zdaniem nieporozumienie. Bornstein, który nie był na miejscu zbrodni, zapewne, zasugerowany dwoma adresami, dwukrotnie policzył ofiary jednego i tego samego mordu.
22.
Kpt. Zagórski i kpt. dr Bornstein natychmiast zawiadomili o morderstwie władze, Bornstein spotkał się nawet z gen. Antonim Chruścielem "Monterem", dowódcą Komendy Okręgu Warszawskiego AK, faktycznym komendantem powstania. "Meldunek złożony na piśmie i poparty ustnym wyjaśnieniem wywarł na nim silne wrażenie - czytamy w relacji Bornsteina z Yad Vashem. - Był oburzony (...). Poczynił szereg notacji. Żandarmerii polecił natychmiastowe wszczęcie śledztwa. Winnych postawić pod Wojskowy Sąd Polowy".
Śledztwo wszczęto, pod sąd nikogo - jak wskazują dokumenty - nie zdążono postawić, choć po kilku dniach śledztwa aresztowano dwóch żołnierzy ze zgrupowania "Hala" (nie byli to jednak ludzie, występujący w protokołach śledztwa w obciążających okolicznościach). Zabrakło głównego świadka, bo Janek Celnik-Celiński 14 lub 15 września, dwa lub trzy dni po wyjęciu kuli z karku, uciekł ze szpitala.
W śledztwie pojawiały się różne domniemania. Raport oficera kontrwywiadu AK z 13 września stwierdza nawet (w nawiasach prawdopodobne wypełnienia miejsc uszkodzonych): "Żydzi sami, względnie przy pomocy pozost[ałych na] miejscu mętów, dokonując masowego mordu z 11 na 12 bm. [mieli na celu] jedynie usiłowanie skompromitowania AK" (AWIH III/43/72 t. III k. 167). A zatem znajduje potwierdzenie szokująca relacja zanotowana przez Willenberga: "Po kilku godzinach przyszła z ulicy Złotej żandarmeria powstańcza z oddziału "Chrobrego" [w istocie "Chrobry II" - MC]. (...) Spisali raport, który nam następnie przeczytali. (...) W raporcie było napisane, że Żydzi zabili Żydów w celach rabunkowych".
23.
W aktach śledztwa zachował się meldunek kpt. "Hala" z 13 września (AAN 203/X-32 k. 62), według którego zabójcami byli Ukraińcy albo przebrani volksdeutsche. W nie datowanej notatce oficer kontrwywiadu AK pisze z kolei, że kpt. "Hal" "udzielił szerokich informacji o zorganizowanych komunistach, dokonywujących rabunków, mordów itp. w mundurach i opaskach AK" (AWIH III/43/72 t. IV k. 219).
Dopiero 20 września kpt. "Hal" przypomniał sobie, co stało się z zabranym z Walicowa szwagrem Sokołowskiej (we wcześniejszych zeznaniach milczał na ten temat) i prowadzący śledztwo żandarm zapisał: "Jak obecnie w dniu 20 bm. ustnie oświadczył kpt. Hal, D-ca tamtego odcinka, wymieniony żyd został przyłapany na uprawianiu szpiegostwa, dowodem czego jest znalezienie zaszytych w marynarce jego dokumentów uprawniających do przechodzenia do niemców, wobec czego został przez jego ludzi zastrzelony" (AAN 203/X-32 k. 80).
Wzmianki o udziale żołnierzy "Hala" w zabójstwie pojawiły się jednak znacznie wcześniej. Już 12 września rano kpr. "Dmowski" zameldował (AAN 203/X-32 k. 61), że ok. 1 w nocy z 11 na 12 września pięcioosobowy patrol ze zgrupowania "Hala" nakrył na miejscu zbrodni przy ul. Prostej żołnierza tegoż zgrupowania, kpr. "Unruga" (vel "Mata"). W raporcie oficera kontrwywiadu AK z 21 września czytamy: "Znaleziono przy nim ["Unrugu"] złote przedmioty i 6000 zł. Jeden z patrolu, st. strz. "Kotek", widząc zmasakrowane zwłoki żydów odruchowo zastrzelił "Unruga", poczem wspólnie ze st. sierż. "Nowiną", kpr. "Noskiem", kpr. "Muchą" zakopali zwłoki Unruga w ghecie. Kosztowności i pieniądze zostały przesłane kpt. "Sępowi" [ze zgrupowania "Chrobry II"]" (AWIH III/43/72 t. IV k. 23).
Stawiam hipotezę, że zabójstwo kpr. "Unruga" i odesłanie kosztowności mogło być próbą zatarcia śladów przez morderców, którzy z jakiegoś względu postanowili znaleźć kozła ofiarnego. Może przestraszyli się wizyty kpt. Zagórskiego w kwaterze "Hala"? Może zorientowali się, grzebiąc zwłoki mężczyzn w leju, że jedna ofiara przeżyła?
Nie wyklucza to wcale, że "Unrug" mógł być jednym z morderców: "Świadek Walicki poufnie zeznał, że w okolicy Prostej i Twardej przebywał często kapr. "Mucha" oraz dwóch jego towarzyszy, jeden z nich "Mat" (kapr. "Unrug"), i według twierdzeń okolicznych mieszkańców, morderstw tych wraz z rabunkami dokonali wyżej wymienieni. Mieszkańcy jednak, czy to nastawieni przez osoby bliżej nam nieznane, lub z obawy przez zemstą, odmawiali zeznań" - pisze prowadzący śledztwo żandarm "Kłos" (AAN 203/X-32 k. 80).
24.
Kpr. "Mucha", jego brat st. strz. "Wrona" (11 września już jednak, zdaje się, nie żył), kpr. "Dmowski", strz. "Kotek", a zapewne i kpr. "Nosek" oraz kpr. "Unrug" należeli do plutonu st. sierż. "Nowiny". Kapral "Mucha" był w tym plutonie dowódcą drużyny.
"Mucha", "Dmowski" i "Kotek" przed powstaniem wspólnie prowadzili bimbrownię.
O "Musze" czytamy też w raporcie żandarma "Kłosa" z 17 września: "Ustaliłem, że kapr. "Mucha" (prawdziwe nazwisko również Mucha) z oddziału kpt. "Hala" znany jest w okolicy hal mirowskich jako handlarz oraz z tego, że od żydów w czasie, kiedy przebywali w tzw. "gecie" i wydostawali się na dzielnicę "polską", Mucha pobierał od nich łapówki, jak również od tych, którzy dostarczali żywność do dzielnicy żydowskiej wymuszał haracze" (AAN 203/X-32 k. 73).
Mucha ps. "Mucha" - bimbrownik i szmalcownik, kapral AK, był w powstaniu dowódcą drużyny, i to nie zwyczajnej, tylko rzeczywiście "przybocznej bojówy "Hala" ", o której czytamy we wspomnieniach kpt. Zagórskiego.
" "Mucha", "Wrona" i inni chodzili stale na różne rekwizycje, gdyż byli w specjalnym oddziele, których było zadaniem załatwianie spraw zleconych przez D-cę Kompanii [tak w tym dokumencie określany jest "Hal"]" - zeznał jeden z dwóch aresztowanych w sprawie, strz. "Francuz", podkreślając, że sam należy do innego plutonu i z grupą "Muchy" nie ma nic wspólnego (AAN 203/X-32 k. 76).
Kilka godzin przed mordem przy Prostej 4 "Nowina", "Mucha", "Dmowski" i "Kotek" zatrzymali sierżanta "Błażeja" ze zgrupowania "Chrobry II", którego " "Mucha", "Dmowski" i "Kotek" rozpoznali i oświadczyli, że wymieniony przed wybuchem powstania pracując w Policji Polskiej brał od nich łapówki za prowadzenie potajemnej gorzelni oraz że groził doniesieniem do Gestapo, że należą do organizacji niepodległościowej" (zeznanie st. sierż. "Nowiny", AAN 203/X-32 k. 54). "W czasie doprowadzania st. sierż. "Błażej" przyznał się do czynionych mu przez "Muchę" zarzutów i na rogu Siennej i Twardej usiłował zbiec, wówczas kpr. "Mucha" oddał około trzech strzałów do niego, a kiedy się st. sierż. "Błażej" przewrócił i męczył się w agonii, ja oddałem do niego jeden strzał" - zeznał kpr. "Dmowski" (AAN 203/X-32 k. 55).
25.
Abram Bursztyn w 1945 roku pogrzebał szczątki swoich bliskich na warszawskim Cmentarzu Żydowskim.
Kapitan Wacław Stykowski ("Gorczyc", "Hal") umarł w 1981 roku i został pochowany na Powązkach.
Michał CICHY
(W cytatach zamieszczonych w tekście zachowano ortografię oryginałów, zmodernizowano interpunkcję)
Źródła archiwalne:
AAN - Archiwum Akt Nowych w Warszawie, zespoły dawnego Centralnego Archiwum KC PZPR
AWIH - Archiwum Wojskowego Inst. Historycznego w Rembertowie
AŻIH - Archiwum Żydowskiego Inst. Historycznego w Warszawie
YV - Archiwum Inst. Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem, Jerozolima
Lektury:
Reuben Ainsztein: "The Warsaw Ghetto Revolt", Nowy Jork 1979
Marian Berland: "Dni długie jak wieki", Warszawa 1992
Martin Gilbert: "Holocaust", Glasgow 1986
Anka [Anna] Grupińska: "Po kole. Rozmowy z żydowskimi żołnierzami", Warszawa 1991
Chaim Goldstein: "Zibn in a bunker", Warszawa 1962 (cytuję za Ainszteinem, s. 192-194)
Shmuel Krakowski: "The War of the Doomed. Jewish Armed Resistance in Poland 1942-1944", Londyn - Nowy Jork 1984
Bernard Mark: "Walka i zagłada warszawskiego getta", Warszawa 1959
Vladka Meed: "On both sides of the wall", Beit Lohamei Hagetaot (Kibuc im. Bohaterów Getta) 1972
Simcha Rotem: "Wspomnienia bojowca ŻOB", Warszawa 1993
Jonas Turkow: "In kamf farn łebn", Buenos Aires 1949 (cytuję za Icchakiem Rubinem: "Żydzi w Łodzi pod niemiecką okupacją 1939-1945", Londyn 1988, s. 540)
Samuel Willenberg: "Bunt w Treblince", Warszawa 1991
Wacław Zagórski ("Lech Grzybowski"): "Wicher wolności. Dziennik powstańca", Londyn 1957
Za pomoc i radę dziękuję przede wszystkim:
Teresa Prekerowa, Konstanty Gebert, Jan Jagielski z ŻIH, Shmuel Krakowski z Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie i Andrzej Krzysztof Kunert z Archiwum Polski Podziemnej w Warszawie.
środa, 2 grudnia 2009
Tania w utrzymaniu
Tania w utrzymaniu
Wojciech Orliński
2009-12-01, ostatnia aktualizacja 2009-11-26 15:26
Ja mogłam chwycić za broń izraelskiego żołnierza, żeby uniemożliwić mu strzał, bo mam urodę typowo europejską. Gdyby to samo zrobiła kobieta o arabskiej urodzie, już by nie żyła
Najwięcej sławy przyniosło ci przerwanie konferencji prasowej generała Sancheza w Bagdadzie?
Tak, pokazali mnie nawet w CNN. To było w roku 2003, wtedy jeszcze oficjalna wersja była taka, że sytuacja w Iraku jest już całkiem pod kontrolą. Generał Ricardo Sanchez prowadził cotygodniowe konferencje prasowe w Zielonej Strefie w Bagdadzie, na których mówił o kolejnych sukcesach misji stabilizacyjnej. Ja byłam w Basrze i w Bagdadzie z ramienia międzynarodowej organizacji Voices in the Wilderness, czyli 'głos wołającego na puszczy' - ona dokumentowała bezsens sankcji jeszcze wobec reżimu Saddama, pokazując ich realne skutki, wcale nieuderzające w reżim, tylko w ludzi. Widziałam straszne rzeczy, zupełnie niepasujące do oficjalnej wersji. Przemyciłam z koleżanką na tę konferencję dwujęzyczny transparent 'Masakra trwa nadal' i udało mi się pokazać do kamer zdjęcie rodziny Abu Kawas, którą amerykańscy żołnierze bez powodu zabili w dzielnicy Sulejch. Nie było żadnych przeprosin, żadnych wyjaśnień - po prostu zabili, bo mogli to zrobić bezkarnie. Konferencję przerwano, żołnierze wynieśli mnie siłą z sali i zagrożono nam wtrąceniem do obozu, straszono potraktowaniem jak terrorystów. Nasz kolega z Reutersa był prześladowany tylko za to, że siedzieliśmy z nim na tej konferencji przy jednym stoliku, potem go nie dopuścili na konferencję Rumsfelda. Podobno nasze zdjęcia rozdano żołnierzom, żeby szczególnie uważali na mnie i na moją koleżankę.
Ale co ty tam w ogóle robiłaś?
Zajmowałam się kwestią ekonomicznej grabieży Iraku, za co odpowiadał Marek Belka. We współpracy z amerykańskimi związkowcami pomagaliśmy się organizować irackim pracownikom przemysłu wydobycia ropy naftowej - powstały irackie związki zawodowe. Zresztą to akurat był sukces, robotnicy się zorganizowali i udaremnili prywatyzację, przemysł naftowy pozostaje na razie własnością Iraku.
Ale dlaczego Polka z Londynu pakuje się w tak niebezpieczne miejsca i naraża się dla obcych ludzi?
Pewnie decyduje właśnie to, że nie jestem ani typową Polką, ani typową Angielką. Urodziłam się w Londynie w rodzinie andersowskiej emigracji. Chodziłam do polskiej szkoły w sobotę, do polskiego kościoła w niedzielę, a w każdy wtorek do polskiego ośrodka w Hammersmith, gdzie uczyłam się tradycyjnych tańców. Rodzice wychowywali mnie na Polkę, chociaż więc dorastałam wśród Anglików i Angielek, nie czułam się jedną z nich. Od najmłodszych lat najlepiej czułam się wśród takich nietypowych londyńczyków. Myślę, że to mnie uczyniło wrogiem wszelkiego rasizmu, nacjonalizmu.
Ale żeby opuścić bezpieczne londyńskie ulice i się dobrowolnie pakować w bliskowschodnie piekło...
To, po pierwsze, nie jest piekło, tam naprawdę jest bardzo pięknie. A po drugie, londyńskie ulice wcale nie są takie znowu bardzo bezpieczne. Najpierw, w latach 90., działałam właśnie w organizacji Reclaim The Streets, czyli Odzyskać Ulice. To jest taki kolektyw artystyczno-polityczny, który organizuje happeningi mające ludziom przypomnieć, że ulice należą do całego społeczeństwa, a nie tylko do kierowców i kapitału. Byliśmy atakowani przez prawicowe bojówki oraz policję, więc założyliśmy własną bojówkę - WOMBLES. Nazwa nawiązuje do bajek dla dzieci, ale jednocześnie jest skrótem - White Overalls Movement Building Libertarian Effective Struggle ('ruch białych kombinezonów na rzecz budowy skutecznej walki libertariańskiej'). To było połączenie walk ulicznych z teatrem politycznej pantomimy, nasze działania były bardzo teatralne, ale czasem skuteczne, udawało nam się na przykład przebić przez linie policyjne i ułatwiać masowe protesty na ulicy. Czułam się na tyle zaprawiona w ulicznych walkach w Londynie, że nie bałam się pojechać na Zachodni Brzeg.
Dlaczego właśnie tam? Jest tyle miejsc na świecie, gdzie ludzie cierpią i czekają na pomoc...
To się wszystko zaczęło od czytania o Palestynie. Miałam znajomych - żydowskie koleżanki, które pojechały na Zachodni Brzeg działać w Międzynarodowym Ruchu Solidarności (International Solidarity Movement), który powstał jako odpowiedź na cierpienia Palestyńczyków. Poza tym na moje zaangażowanie wpłynęła historia mojego ojca. Najpierw był więziony dwa lata na Syberii, a potem wydostał się z ZSRR razem z armią Andersa. Palestyna była wtedy pod brytyjską okupacją i polskie wojsko przez pewien czas pełniło funkcję okupanta. Mój ojciec stacjonował w pobliżu Strefy Gazy i po raz pierwszy tę nazwę usłyszałam w jego wspomnieniach. On uwielbiał Palestynę. Pisał w pamiętniku, że czuł się tam jak u siebie. Ale jednocześnie był pionkiem historii, okupantem wbrew woli. A przecież ojciec i jego towarzysze przystali do armii Andersa, żeby walczyć o wolność swojego kraju, a nie żeby zniewalać inne kraje. To też sprawiło, że czuję, że mam dług wobec tej ziemi.
Ja mogłam chwycić za broń izraelskiego żołnierza, żeby uniemożliwić mu strzał, bo mam urodę europejską. Gdyby to zrobiła kobieta o arabskiej urodzie, już by nie żyła. A ja uważam, że życie jest zbyt krótkie, by je marnować - trzeba tworzyć historię, a nie być pionkiem.
Słuchaj, ale po co w ogóle narażać swoje życie, skoro od takich spraw jest ONZ, Czerwony Krzyż itd.?
Właśnie te organizacje nie mogą się zajmować takimi sprawami. My jesteśmy nieformalną siecią ochotników, którzy jadą na własną odpowiedzialność. Nie wiem, jak to powiedzieć po polsku, po angielsku to się nazywa 'grassroots'...
Właśnie, nie ma dobrego polskiego odpowiednika - my mamy dużo dobrych słów, by określić, że jacyś oni coś za nas robią, ale brak nam słów na określenie oddolnej akcji obywatelskiej.
No więc my jesteśmy właśnie taką organizacją oddolną - jak korzenie trawy. Tymczasem ONZ czy nawet jakaś formalnie działająca organizacja pozarządowa (NGO) po prostu nie może wysłać obserwatorów do palestyńskiego osiedla w tak zwanej strefie buforowej, w której wojsko izraelskie po prostu strzela, do kogo chce i kiedy chce. Oni nie mogą narażać swoich pracowników na tak duże ryzyko śmierci czy kalectwa, to byłoby nielegalne. Dlatego takie profesjonalne instytucje są skazane na działanie w jakichś 'zielonych strefach', jak ten wydzielony rządowy sektor w Bagdadzie. Ludzie poza taką strefą byliby już pozostawieni własnemu losowi, gdyby nie ochotnicze organizacje takie jak nasza. Poza tym ludzie niewychodzący poza Zieloną Strefę przestają rozumieć, co się dzieje, nie znają ludzi, którym w teorii mają pomagać, łatwo przed nimi ukryć prawdę.
To jak to wyglądało w praktyce - wysiadłaś z samolotu i zaczepiłaś pierwszego z brzegu Araba, że 'dzień dobry, chciałabym się zapisać do Al-Fatah'?
Nie do Al-Fatah, tylko do ISM - International Solidarity Movement (Ruchu Międzynarodowej Solidarności). Przyłączyłam się do niego, jeszcze zanim tam pojechałam, w tym ruchu już działało wielu moich znajomych z Reclaim The Streets. Organizację założyli w roku 2001 Palestyńczycy i Izraelczycy, nie stosuje ona żadnej przemocy, po prostu chce, żeby na Zachodnim Brzegu i w Gazie byli świadkowie tego, co tam robi izraelska armia okupacyjna. Staramy się pomagać rannym, nie dopuszczać do eskalacji przemocy albo stajemy na drodze buldożerów, które niszczą palestyńskie domy.
I te buldożery się zatrzymują?
Nie zawsze. W roku 2003 Amerykanka Rachel Corrie została żywcem rozjechana przez izraelskiego kierowcę. Miała 23 lata. Parę tygodni później na moich oczach inny Amerykanin Brian Avery został postrzelony w twarz przez żołnierzy z transportera, stracił oko i kość policzkową. Potem Tom Hurndall, obywatel brytyjski, został zabity strzałem w głowę.
W jaki sposób izraelska ambasada potem tłumaczy rządom USA czy Wielkiej Brytanii zabicie ich obywatela - 'Ups, sorki, myśleliśmy, że to Arab'?
Oficjalne wersje są takie, że albo w ogóle nie zauważyli wolontariusza i całkiem niechcący go rozjechali buldożerem, albo że wcale nie był to pokojowy wolontariusz, tylko uzbrojony terrorysta. Taka była izraelska wersja śmierci Toma Hurndalla - że zabili uzbrojonego żołnierza w mundurze, atakującego izraelskie pozycje. Tylko że Hurndall, jak my wszyscy, był nieuzbrojony i miał na sobie odblaskową kamizelkę. Zawsze je nosimy. Jest na nich wielojęzyczny napis DOCTOR albo PRESS. Na zdjęciach incydentu wyraźnie widać, że Hurndall jest nieuzbrojony, oznakowany i zginął, nikogo nie atakując, tylko próbując wyprowadzić palestyńskie dzieci ze strefy snajperskiego ostrzału. Oni zawsze wiedzą, kogo mają na muszce. Świadomość, że to jest nieuzbrojony obywatel USA albo Unii Europejskiej, czasem powstrzymuje ich przed strzałem, ale nie zawsze.
I z Zachodniego Brzegu pojechałaś do Iraku?
Tak, do Bagdadu i Basry, ale tam już było zbyt niebezpiecznie. W Palestynie nie ma porwań dla pieniędzy, więc człowiek boi się tylko jednej strony - izraelskiej armii. Palestyńczycy obcokrajowcom nic nie robią, natomiast w Iraku realnym zagrożeniem byli sami Irakijczycy - ludzie dawnego reżimu, gangsterzy porywający dla pieniędzy. Tam odblaskowa kamizelka z napisem PRESS nikogo nie powstrzyma przed pociągnięciem za spust.
I po Iraku postanowiłaś pojechać do Strefy Gazy, żeby tam odsapnąć od niebezpieczeństwa.
Na początku wróciłam do Anglii i trochę pracowałam jako dziennikarski wolny strzelec oraz jako organizatorka związków zawodowych, szczególnie z polskimi pracownikami, w Manchesterze i Liverpoolu, a później w Londynie dla PLATFORM, interdyscyplinarnej organizacji łączącej działania artystyczne z kwestiami ekologii i praw człowieka. Czułam się jednak niespełniona i sfrustrowana. Pracodawcy zwalniali polskich działaczy związkowych i rozbijali nasze związki. Wiesz, miałam wtedy życie mniej więcej takie jak ty - siedziałam w klimatyzowanym budynku i stukałam w komputer. Tylko że strasznie mi z tym było nudno, uważałam, że to, co robię, nie ma praktycznego znaczenia. Miałam narzeczonego, którego zupełnie nie interesowały te wszystkie moje bliskowschodnie przygody. To był poważny powód naszych konfliktów i w konsekwencji - bolesnego rozstania. Usłyszałam wtedy, że moi przyjaciele zakładają organizację Free Gaza Movement.
Nazwa Ruch Wolnej Gazy już brzmi jak jakaś partyzantka...
Nie, to oczywiście też jest ruch ludzi niestosujących przemocy, tylko najwyżej padających jej ofiarą. Strefa Gazy jest gettem odciętym od świata. Ma lądową granicę z Izraelem i Egiptem, bardzo pilnie strzeżoną. Jedyny sposób na przełamanie blokady to droga morska...
Zaraz, dlaczego właściwie bratni arabski Egipt nie otworzy granicy?
Wrogiem, którego Egipt boi się najbardziej na świecie, jest demokracja, a mieszkańcy Strefy Gazy są bardzo przyzwyczajeni do takiego pomysłu, że swoich przywódców wyłaniają w wolnych wyborach. Egipt jest dyktaturą, która ewoluuje w stronę monarchii - władza ma przejść w rodzinie panującej z Mubaraka seniora na jego syna. Władcy Egiptu nie chcą więc, żeby wśród egipskich obywateli roznosiły się takie wywrotowe hasła jak wybieranie prezydenta przez obywateli. Free Gaza od zeszłego roku próbuje przełamać tę blokadę - wypływamy z Cypru prywatnymi jachtami i dobijamy do brzegu w Strefie Gazy. Tam były porty, ale są nieużywane od 40 lat. Palestyńscy urzędnicy zrobili dla nas nowe pieczątki, żebyśmy formalnie mogli przekraczać granicę morską.
Oni mają prawo do kontroli granic? Jakie to państwo z punktu widzenia prawa międzynarodowego - Izrael, Egipt, Autonomia Palestyńska?
Nie wiadomo, to temat sporny. Izrael określa Gazę jako 'wrogie terytorium' i formalnie nie uważa jej za swoją część. Jest międzynarodowe prawo dotyczące terytoriów okupowanych, ale Izrael oficjalnie wycofał się z Gazy i twierdzi, że to już nie okupacja, tylko oblężenie. Prawda jest taka, że Izrael kontroluje granicę morską, powietrzną i lądową Gazy, kontroluje całą infrastrukturę, a przede wszystkim regularnie atakuje obywateli Gazy lub organizuje pozasądowe zabójstwa liderów palestyńskiego ruchu oporu. W każdym razie ta pierwsza łódka z ruchu Free Gaza była pierwszym statkiem, który dotarł do brzegów Gazy od 1967 roku. To była misja humanitarna, do Gazy dotarli w ten sposób lekarze i ratownicy medyczni. Był wśród nas ocalony z Holocaustu.
Żeby Izraelowi bardziej niezręcznie było was po prostu zatopić?
Coś w tym rodzaju. Ja przypłynęłam czwartą łódką, potem dotarła piąta - i to był koniec, bo się zaczął atak na Gazę i flota izraelska zatrzymała dwie ostatnie łódki.
Jak się w ogóle żyje w takim oblężeniu? Tam w ogóle było coś do jedzenia?
Było, ale bardzo drogie i w za małych ilościach. Ludzie po dwa dni stali w kolejce po mąkę. Wszystko do Gazy jest dostarczane tymi tunelami, naprawdę wszystko - żywność, motocykle, cement na budowę. Izrael ciągle je próbuje niszczyć, wpuszczają tam gaz, żeby wytruć ludzi. Więc nic dziwnego, że towary dostarczone w ten sposób kosztują fortunę. W Gazie część żywności produkuje się na miejscu. Jednak wojsko Izraela od dziewięciu lat systematycznie niszczy pola uprawne, drzewa oliwne, budynki gospodarskie. Widziałam, jak ludzie próbowali zbierać na polu pietruszkę i izraelskie wojsko strzelało do nich, bo pole było blisko 'strefy buforowej', którą armia izraelska wciąż jednostronnie powiększa. Teraz, podczas tej inwazji, też niszczyli przede wszystkim pola uprawne, bo te są najbliżej tej strefy.
A wolno im chociaż łowić ryby?
Tak, ale Izrael często ostrzeliwuje wszystkie łodzie rybackie, które są 'za duże' albo odpływają ledwie kilkaset metrów od brzegu. A jak nie strzelają, to zalewają łódź cuchnącą cieczą, żeby ryby się nie nadawały do spożycia. Izrael robi wszystko, żeby w Strefie Gazy nie było możliwe normalne życie. My tam jechaliśmy tylko po to, żeby pomagać ludziom - zrobiłam kurs pierwszej pomocy, nie jestem lekarzem, ale wiem, jak pomóc ofierze wypadku, zanim przyjedzie prawdziwy lekarz. Tylko że podczas ataku na Gazę my mogliśmy tylko zbierać trupy, bo Izrael specjalnie atakował tak, żeby ginęło jak najwięcej cywilów. Zresztą nas też zabijali - zginęło 16 cywilnych ratowników, 39 raniono. Najbardziej im zależy na tym, żeby nie było świadków tego, co się tam dzieje, dlatego zaczęli atak w grudniu, kiedy większość dziennikarzy wyjechała na święta.
Jak się stamtąd wydostałaś?
Przez egipskie przejście Rafah. Nigdy nie wiadomo, kogo oni przepuszczą, a kogo nie, ludzie czekają miesiącami na pozwolenie przekroczenia granicy. Ja czekałam pięć dni, bo prawdopodobnie nie mieli mnie na żadnej czarnej liście. Tam człowiek z brytyjskim paszportem jest lepiej traktowany od Palestyńczyka. Egipscy strażnicy traktują ich z niewyobrażalnym chamstwem, na moich oczach wyrzucili komuś paszport przez okno i krzyczeli: 'Nigdy stąd nie wyjedziesz, ty taki owaki'.
Kiedy ja czytam o takich miejscach jak Strefa Gazy i usiłuję sobie wyobrazić, co ja bym zrobił na miejscu ich mieszkańców, to podstawowa odpowiedź to próba ucieczki. Dać łapówkę, zachachmęcić, nie wiem, ale wydostać siebie i rodzinę.
Toteż tak to wygląda - tam na przejściu granicznym koczuje tłum ludzi usiłujących wydostać się do Egiptu. Ale ta granica jest otwarta tylko raz na parę miesięcy. Poza tym ponad 50 tys. ludzi w Strefie Gazy czeka na paszport, którego nie mogą dostać z powodu braku papieru. Papier przecież też jest przemycany tunelami. Tak więc nawet za łapówkę nie wszystko tu się da załatwić. Ci ludzie naprawdę są tam w praktyce uwięzieni. Teraz chcę tam wrócić...
Słucham?
Planujemy tym razem przełamanie blokady wielką międzynarodową akcją - żeby z Cypru wypłynęło co najmniej pięć łodzi pod różnymi flagami. Marzy mi się wśród nich polska łódź pod polską flagą. Chociaż pewnie polskie państwo by wtedy wysłało wojsko, żeby nas zatrzymać? Nie ufam polskiemu państwu. Mam pełne prawo do polskiego paszportu, ale bezpieczniej się czuję z brytyjskim. Przecież to państwo jest tak niewiarygodnie służalcze wobec USA, że mogliby mnie tu zamknąć za rzekome wspieranie terrorystów.
No wiesz, Hamas to jednak nie jest organizacja dobroczynna, a tymi tunelami idzie także broń...
Hamas wygrał w Strefie Gazy demokratyczne wybory, więc nie można z nimi nie współpracować. Ale nie wciągniesz mnie w rozmowę o polityce, ja nie widzę swojej roli tak, że mam pouczać Palestyńczyków o tym, na kogo mają głosować. Ja chcę tylko pomagać zwyczajnym ludziom i chcę dążyć do tego, żeby mogli prowadzić zwyczajne życie na swoich terenach. Żeby tam mógł zapanować pokój, to najpierw musi być sprawiedliwość i tak, że człowiek może prowadzić gospodarstwo, łowić ryby, posłać dzieci do szkoły. Jak mu to zabierzesz, to będzie stawiać opór - co w tym dziwnego?
Izrael mówi to samo, że tam też ludzie nie mogą normalnie żyć, bo są ostrzeliwani ze Strefy Gazy...
Toteż ja chcę tylko jednego: żeby Izrael w swoich działaniach przestrzegał prawa międzynarodowego, które gwałci od 60 lat. Izrael nie ma prawa burzyć dwóch tysięcy palestyńskich domów we Wschodniej Jerozolimie. Mur na Zachodnim Brzegu jest nielegalny - zgodnie z wyrokiem Trybunału Międzynarodowego z 2005 roku - podobnie jak wszystkie osiedla izraelskie na Terytoriach Okupowanych. Są międzynarodowe konwencje określające, jak traktować ludność cywilną podczas walk zbrojnych albo jakie humanitarne względy powinny być zachowane podczas blokady morskiej.
Nie byłbym sobą, gdybym nie spytał - z czego ty żyjesz? Bo ja się zgadzam, że to jest nudne, tak siedzieć w redakcji i stukać w klawisze, ale jakbym pomyślał, że mam na własny koszt lecieć na Cypr i stamtąd się przedzierać do Gazy, to po pierwsze - boję się, a po drugie - nie stać mnie!
Toteż ja nie lecę na własny koszt - bilet mi daje organizacja. Jest wielu ludzi, którzy by chcieli pomóc, ale z różnych powodów nie mogą pojechać do Gazy, mogą nam przekazywać choćby niewielkie wsparcie przez paypal albo kartę kredytową na stronie freegaza.org. Pomagają nam różne organizacje, w tym izraelska lewica. Mamy kilkuset sponsorów, organizacje i osoby prywatne. A poza tym, jak już tam jestem, to różne redakcje chętnie mi płacą za korespondencję, bo jako wolontariusz docieram w miejsca, w które nie dotrze korespondent. Podczas mojego pobytu w Gazie sprzedałam trochę relacji do 'Guardiana' czy do 'Heralda', zarobiłam jakiś tysiąc funtów. A że nie mam męża, nie mam domu, nie mam dzieci - to nie mam też wydatków. Jestem więc tania w utrzymaniu!
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,7299141,Tania_w_utrzymaniu.html?as=1&ias=3&startsz=x
Wojciech Orliński
2009-12-01, ostatnia aktualizacja 2009-11-26 15:26
Ja mogłam chwycić za broń izraelskiego żołnierza, żeby uniemożliwić mu strzał, bo mam urodę typowo europejską. Gdyby to samo zrobiła kobieta o arabskiej urodzie, już by nie żyła
Najwięcej sławy przyniosło ci przerwanie konferencji prasowej generała Sancheza w Bagdadzie?
Tak, pokazali mnie nawet w CNN. To było w roku 2003, wtedy jeszcze oficjalna wersja była taka, że sytuacja w Iraku jest już całkiem pod kontrolą. Generał Ricardo Sanchez prowadził cotygodniowe konferencje prasowe w Zielonej Strefie w Bagdadzie, na których mówił o kolejnych sukcesach misji stabilizacyjnej. Ja byłam w Basrze i w Bagdadzie z ramienia międzynarodowej organizacji Voices in the Wilderness, czyli 'głos wołającego na puszczy' - ona dokumentowała bezsens sankcji jeszcze wobec reżimu Saddama, pokazując ich realne skutki, wcale nieuderzające w reżim, tylko w ludzi. Widziałam straszne rzeczy, zupełnie niepasujące do oficjalnej wersji. Przemyciłam z koleżanką na tę konferencję dwujęzyczny transparent 'Masakra trwa nadal' i udało mi się pokazać do kamer zdjęcie rodziny Abu Kawas, którą amerykańscy żołnierze bez powodu zabili w dzielnicy Sulejch. Nie było żadnych przeprosin, żadnych wyjaśnień - po prostu zabili, bo mogli to zrobić bezkarnie. Konferencję przerwano, żołnierze wynieśli mnie siłą z sali i zagrożono nam wtrąceniem do obozu, straszono potraktowaniem jak terrorystów. Nasz kolega z Reutersa był prześladowany tylko za to, że siedzieliśmy z nim na tej konferencji przy jednym stoliku, potem go nie dopuścili na konferencję Rumsfelda. Podobno nasze zdjęcia rozdano żołnierzom, żeby szczególnie uważali na mnie i na moją koleżankę.
Ale co ty tam w ogóle robiłaś?
Zajmowałam się kwestią ekonomicznej grabieży Iraku, za co odpowiadał Marek Belka. We współpracy z amerykańskimi związkowcami pomagaliśmy się organizować irackim pracownikom przemysłu wydobycia ropy naftowej - powstały irackie związki zawodowe. Zresztą to akurat był sukces, robotnicy się zorganizowali i udaremnili prywatyzację, przemysł naftowy pozostaje na razie własnością Iraku.
Ale dlaczego Polka z Londynu pakuje się w tak niebezpieczne miejsca i naraża się dla obcych ludzi?
Pewnie decyduje właśnie to, że nie jestem ani typową Polką, ani typową Angielką. Urodziłam się w Londynie w rodzinie andersowskiej emigracji. Chodziłam do polskiej szkoły w sobotę, do polskiego kościoła w niedzielę, a w każdy wtorek do polskiego ośrodka w Hammersmith, gdzie uczyłam się tradycyjnych tańców. Rodzice wychowywali mnie na Polkę, chociaż więc dorastałam wśród Anglików i Angielek, nie czułam się jedną z nich. Od najmłodszych lat najlepiej czułam się wśród takich nietypowych londyńczyków. Myślę, że to mnie uczyniło wrogiem wszelkiego rasizmu, nacjonalizmu.
Ale żeby opuścić bezpieczne londyńskie ulice i się dobrowolnie pakować w bliskowschodnie piekło...
To, po pierwsze, nie jest piekło, tam naprawdę jest bardzo pięknie. A po drugie, londyńskie ulice wcale nie są takie znowu bardzo bezpieczne. Najpierw, w latach 90., działałam właśnie w organizacji Reclaim The Streets, czyli Odzyskać Ulice. To jest taki kolektyw artystyczno-polityczny, który organizuje happeningi mające ludziom przypomnieć, że ulice należą do całego społeczeństwa, a nie tylko do kierowców i kapitału. Byliśmy atakowani przez prawicowe bojówki oraz policję, więc założyliśmy własną bojówkę - WOMBLES. Nazwa nawiązuje do bajek dla dzieci, ale jednocześnie jest skrótem - White Overalls Movement Building Libertarian Effective Struggle ('ruch białych kombinezonów na rzecz budowy skutecznej walki libertariańskiej'). To było połączenie walk ulicznych z teatrem politycznej pantomimy, nasze działania były bardzo teatralne, ale czasem skuteczne, udawało nam się na przykład przebić przez linie policyjne i ułatwiać masowe protesty na ulicy. Czułam się na tyle zaprawiona w ulicznych walkach w Londynie, że nie bałam się pojechać na Zachodni Brzeg.
Dlaczego właśnie tam? Jest tyle miejsc na świecie, gdzie ludzie cierpią i czekają na pomoc...
To się wszystko zaczęło od czytania o Palestynie. Miałam znajomych - żydowskie koleżanki, które pojechały na Zachodni Brzeg działać w Międzynarodowym Ruchu Solidarności (International Solidarity Movement), który powstał jako odpowiedź na cierpienia Palestyńczyków. Poza tym na moje zaangażowanie wpłynęła historia mojego ojca. Najpierw był więziony dwa lata na Syberii, a potem wydostał się z ZSRR razem z armią Andersa. Palestyna była wtedy pod brytyjską okupacją i polskie wojsko przez pewien czas pełniło funkcję okupanta. Mój ojciec stacjonował w pobliżu Strefy Gazy i po raz pierwszy tę nazwę usłyszałam w jego wspomnieniach. On uwielbiał Palestynę. Pisał w pamiętniku, że czuł się tam jak u siebie. Ale jednocześnie był pionkiem historii, okupantem wbrew woli. A przecież ojciec i jego towarzysze przystali do armii Andersa, żeby walczyć o wolność swojego kraju, a nie żeby zniewalać inne kraje. To też sprawiło, że czuję, że mam dług wobec tej ziemi.
Ja mogłam chwycić za broń izraelskiego żołnierza, żeby uniemożliwić mu strzał, bo mam urodę europejską. Gdyby to zrobiła kobieta o arabskiej urodzie, już by nie żyła. A ja uważam, że życie jest zbyt krótkie, by je marnować - trzeba tworzyć historię, a nie być pionkiem.
Słuchaj, ale po co w ogóle narażać swoje życie, skoro od takich spraw jest ONZ, Czerwony Krzyż itd.?
Właśnie te organizacje nie mogą się zajmować takimi sprawami. My jesteśmy nieformalną siecią ochotników, którzy jadą na własną odpowiedzialność. Nie wiem, jak to powiedzieć po polsku, po angielsku to się nazywa 'grassroots'...
Właśnie, nie ma dobrego polskiego odpowiednika - my mamy dużo dobrych słów, by określić, że jacyś oni coś za nas robią, ale brak nam słów na określenie oddolnej akcji obywatelskiej.
No więc my jesteśmy właśnie taką organizacją oddolną - jak korzenie trawy. Tymczasem ONZ czy nawet jakaś formalnie działająca organizacja pozarządowa (NGO) po prostu nie może wysłać obserwatorów do palestyńskiego osiedla w tak zwanej strefie buforowej, w której wojsko izraelskie po prostu strzela, do kogo chce i kiedy chce. Oni nie mogą narażać swoich pracowników na tak duże ryzyko śmierci czy kalectwa, to byłoby nielegalne. Dlatego takie profesjonalne instytucje są skazane na działanie w jakichś 'zielonych strefach', jak ten wydzielony rządowy sektor w Bagdadzie. Ludzie poza taką strefą byliby już pozostawieni własnemu losowi, gdyby nie ochotnicze organizacje takie jak nasza. Poza tym ludzie niewychodzący poza Zieloną Strefę przestają rozumieć, co się dzieje, nie znają ludzi, którym w teorii mają pomagać, łatwo przed nimi ukryć prawdę.
To jak to wyglądało w praktyce - wysiadłaś z samolotu i zaczepiłaś pierwszego z brzegu Araba, że 'dzień dobry, chciałabym się zapisać do Al-Fatah'?
Nie do Al-Fatah, tylko do ISM - International Solidarity Movement (Ruchu Międzynarodowej Solidarności). Przyłączyłam się do niego, jeszcze zanim tam pojechałam, w tym ruchu już działało wielu moich znajomych z Reclaim The Streets. Organizację założyli w roku 2001 Palestyńczycy i Izraelczycy, nie stosuje ona żadnej przemocy, po prostu chce, żeby na Zachodnim Brzegu i w Gazie byli świadkowie tego, co tam robi izraelska armia okupacyjna. Staramy się pomagać rannym, nie dopuszczać do eskalacji przemocy albo stajemy na drodze buldożerów, które niszczą palestyńskie domy.
I te buldożery się zatrzymują?
Nie zawsze. W roku 2003 Amerykanka Rachel Corrie została żywcem rozjechana przez izraelskiego kierowcę. Miała 23 lata. Parę tygodni później na moich oczach inny Amerykanin Brian Avery został postrzelony w twarz przez żołnierzy z transportera, stracił oko i kość policzkową. Potem Tom Hurndall, obywatel brytyjski, został zabity strzałem w głowę.
W jaki sposób izraelska ambasada potem tłumaczy rządom USA czy Wielkiej Brytanii zabicie ich obywatela - 'Ups, sorki, myśleliśmy, że to Arab'?
Oficjalne wersje są takie, że albo w ogóle nie zauważyli wolontariusza i całkiem niechcący go rozjechali buldożerem, albo że wcale nie był to pokojowy wolontariusz, tylko uzbrojony terrorysta. Taka była izraelska wersja śmierci Toma Hurndalla - że zabili uzbrojonego żołnierza w mundurze, atakującego izraelskie pozycje. Tylko że Hurndall, jak my wszyscy, był nieuzbrojony i miał na sobie odblaskową kamizelkę. Zawsze je nosimy. Jest na nich wielojęzyczny napis DOCTOR albo PRESS. Na zdjęciach incydentu wyraźnie widać, że Hurndall jest nieuzbrojony, oznakowany i zginął, nikogo nie atakując, tylko próbując wyprowadzić palestyńskie dzieci ze strefy snajperskiego ostrzału. Oni zawsze wiedzą, kogo mają na muszce. Świadomość, że to jest nieuzbrojony obywatel USA albo Unii Europejskiej, czasem powstrzymuje ich przed strzałem, ale nie zawsze.
I z Zachodniego Brzegu pojechałaś do Iraku?
Tak, do Bagdadu i Basry, ale tam już było zbyt niebezpiecznie. W Palestynie nie ma porwań dla pieniędzy, więc człowiek boi się tylko jednej strony - izraelskiej armii. Palestyńczycy obcokrajowcom nic nie robią, natomiast w Iraku realnym zagrożeniem byli sami Irakijczycy - ludzie dawnego reżimu, gangsterzy porywający dla pieniędzy. Tam odblaskowa kamizelka z napisem PRESS nikogo nie powstrzyma przed pociągnięciem za spust.
I po Iraku postanowiłaś pojechać do Strefy Gazy, żeby tam odsapnąć od niebezpieczeństwa.
Na początku wróciłam do Anglii i trochę pracowałam jako dziennikarski wolny strzelec oraz jako organizatorka związków zawodowych, szczególnie z polskimi pracownikami, w Manchesterze i Liverpoolu, a później w Londynie dla PLATFORM, interdyscyplinarnej organizacji łączącej działania artystyczne z kwestiami ekologii i praw człowieka. Czułam się jednak niespełniona i sfrustrowana. Pracodawcy zwalniali polskich działaczy związkowych i rozbijali nasze związki. Wiesz, miałam wtedy życie mniej więcej takie jak ty - siedziałam w klimatyzowanym budynku i stukałam w komputer. Tylko że strasznie mi z tym było nudno, uważałam, że to, co robię, nie ma praktycznego znaczenia. Miałam narzeczonego, którego zupełnie nie interesowały te wszystkie moje bliskowschodnie przygody. To był poważny powód naszych konfliktów i w konsekwencji - bolesnego rozstania. Usłyszałam wtedy, że moi przyjaciele zakładają organizację Free Gaza Movement.
Nazwa Ruch Wolnej Gazy już brzmi jak jakaś partyzantka...
Nie, to oczywiście też jest ruch ludzi niestosujących przemocy, tylko najwyżej padających jej ofiarą. Strefa Gazy jest gettem odciętym od świata. Ma lądową granicę z Izraelem i Egiptem, bardzo pilnie strzeżoną. Jedyny sposób na przełamanie blokady to droga morska...
Zaraz, dlaczego właściwie bratni arabski Egipt nie otworzy granicy?
Wrogiem, którego Egipt boi się najbardziej na świecie, jest demokracja, a mieszkańcy Strefy Gazy są bardzo przyzwyczajeni do takiego pomysłu, że swoich przywódców wyłaniają w wolnych wyborach. Egipt jest dyktaturą, która ewoluuje w stronę monarchii - władza ma przejść w rodzinie panującej z Mubaraka seniora na jego syna. Władcy Egiptu nie chcą więc, żeby wśród egipskich obywateli roznosiły się takie wywrotowe hasła jak wybieranie prezydenta przez obywateli. Free Gaza od zeszłego roku próbuje przełamać tę blokadę - wypływamy z Cypru prywatnymi jachtami i dobijamy do brzegu w Strefie Gazy. Tam były porty, ale są nieużywane od 40 lat. Palestyńscy urzędnicy zrobili dla nas nowe pieczątki, żebyśmy formalnie mogli przekraczać granicę morską.
Oni mają prawo do kontroli granic? Jakie to państwo z punktu widzenia prawa międzynarodowego - Izrael, Egipt, Autonomia Palestyńska?
Nie wiadomo, to temat sporny. Izrael określa Gazę jako 'wrogie terytorium' i formalnie nie uważa jej za swoją część. Jest międzynarodowe prawo dotyczące terytoriów okupowanych, ale Izrael oficjalnie wycofał się z Gazy i twierdzi, że to już nie okupacja, tylko oblężenie. Prawda jest taka, że Izrael kontroluje granicę morską, powietrzną i lądową Gazy, kontroluje całą infrastrukturę, a przede wszystkim regularnie atakuje obywateli Gazy lub organizuje pozasądowe zabójstwa liderów palestyńskiego ruchu oporu. W każdym razie ta pierwsza łódka z ruchu Free Gaza była pierwszym statkiem, który dotarł do brzegów Gazy od 1967 roku. To była misja humanitarna, do Gazy dotarli w ten sposób lekarze i ratownicy medyczni. Był wśród nas ocalony z Holocaustu.
Żeby Izraelowi bardziej niezręcznie było was po prostu zatopić?
Coś w tym rodzaju. Ja przypłynęłam czwartą łódką, potem dotarła piąta - i to był koniec, bo się zaczął atak na Gazę i flota izraelska zatrzymała dwie ostatnie łódki.
Jak się w ogóle żyje w takim oblężeniu? Tam w ogóle było coś do jedzenia?
Było, ale bardzo drogie i w za małych ilościach. Ludzie po dwa dni stali w kolejce po mąkę. Wszystko do Gazy jest dostarczane tymi tunelami, naprawdę wszystko - żywność, motocykle, cement na budowę. Izrael ciągle je próbuje niszczyć, wpuszczają tam gaz, żeby wytruć ludzi. Więc nic dziwnego, że towary dostarczone w ten sposób kosztują fortunę. W Gazie część żywności produkuje się na miejscu. Jednak wojsko Izraela od dziewięciu lat systematycznie niszczy pola uprawne, drzewa oliwne, budynki gospodarskie. Widziałam, jak ludzie próbowali zbierać na polu pietruszkę i izraelskie wojsko strzelało do nich, bo pole było blisko 'strefy buforowej', którą armia izraelska wciąż jednostronnie powiększa. Teraz, podczas tej inwazji, też niszczyli przede wszystkim pola uprawne, bo te są najbliżej tej strefy.
A wolno im chociaż łowić ryby?
Tak, ale Izrael często ostrzeliwuje wszystkie łodzie rybackie, które są 'za duże' albo odpływają ledwie kilkaset metrów od brzegu. A jak nie strzelają, to zalewają łódź cuchnącą cieczą, żeby ryby się nie nadawały do spożycia. Izrael robi wszystko, żeby w Strefie Gazy nie było możliwe normalne życie. My tam jechaliśmy tylko po to, żeby pomagać ludziom - zrobiłam kurs pierwszej pomocy, nie jestem lekarzem, ale wiem, jak pomóc ofierze wypadku, zanim przyjedzie prawdziwy lekarz. Tylko że podczas ataku na Gazę my mogliśmy tylko zbierać trupy, bo Izrael specjalnie atakował tak, żeby ginęło jak najwięcej cywilów. Zresztą nas też zabijali - zginęło 16 cywilnych ratowników, 39 raniono. Najbardziej im zależy na tym, żeby nie było świadków tego, co się tam dzieje, dlatego zaczęli atak w grudniu, kiedy większość dziennikarzy wyjechała na święta.
Jak się stamtąd wydostałaś?
Przez egipskie przejście Rafah. Nigdy nie wiadomo, kogo oni przepuszczą, a kogo nie, ludzie czekają miesiącami na pozwolenie przekroczenia granicy. Ja czekałam pięć dni, bo prawdopodobnie nie mieli mnie na żadnej czarnej liście. Tam człowiek z brytyjskim paszportem jest lepiej traktowany od Palestyńczyka. Egipscy strażnicy traktują ich z niewyobrażalnym chamstwem, na moich oczach wyrzucili komuś paszport przez okno i krzyczeli: 'Nigdy stąd nie wyjedziesz, ty taki owaki'.
Kiedy ja czytam o takich miejscach jak Strefa Gazy i usiłuję sobie wyobrazić, co ja bym zrobił na miejscu ich mieszkańców, to podstawowa odpowiedź to próba ucieczki. Dać łapówkę, zachachmęcić, nie wiem, ale wydostać siebie i rodzinę.
Toteż tak to wygląda - tam na przejściu granicznym koczuje tłum ludzi usiłujących wydostać się do Egiptu. Ale ta granica jest otwarta tylko raz na parę miesięcy. Poza tym ponad 50 tys. ludzi w Strefie Gazy czeka na paszport, którego nie mogą dostać z powodu braku papieru. Papier przecież też jest przemycany tunelami. Tak więc nawet za łapówkę nie wszystko tu się da załatwić. Ci ludzie naprawdę są tam w praktyce uwięzieni. Teraz chcę tam wrócić...
Słucham?
Planujemy tym razem przełamanie blokady wielką międzynarodową akcją - żeby z Cypru wypłynęło co najmniej pięć łodzi pod różnymi flagami. Marzy mi się wśród nich polska łódź pod polską flagą. Chociaż pewnie polskie państwo by wtedy wysłało wojsko, żeby nas zatrzymać? Nie ufam polskiemu państwu. Mam pełne prawo do polskiego paszportu, ale bezpieczniej się czuję z brytyjskim. Przecież to państwo jest tak niewiarygodnie służalcze wobec USA, że mogliby mnie tu zamknąć za rzekome wspieranie terrorystów.
No wiesz, Hamas to jednak nie jest organizacja dobroczynna, a tymi tunelami idzie także broń...
Hamas wygrał w Strefie Gazy demokratyczne wybory, więc nie można z nimi nie współpracować. Ale nie wciągniesz mnie w rozmowę o polityce, ja nie widzę swojej roli tak, że mam pouczać Palestyńczyków o tym, na kogo mają głosować. Ja chcę tylko pomagać zwyczajnym ludziom i chcę dążyć do tego, żeby mogli prowadzić zwyczajne życie na swoich terenach. Żeby tam mógł zapanować pokój, to najpierw musi być sprawiedliwość i tak, że człowiek może prowadzić gospodarstwo, łowić ryby, posłać dzieci do szkoły. Jak mu to zabierzesz, to będzie stawiać opór - co w tym dziwnego?
Izrael mówi to samo, że tam też ludzie nie mogą normalnie żyć, bo są ostrzeliwani ze Strefy Gazy...
Toteż ja chcę tylko jednego: żeby Izrael w swoich działaniach przestrzegał prawa międzynarodowego, które gwałci od 60 lat. Izrael nie ma prawa burzyć dwóch tysięcy palestyńskich domów we Wschodniej Jerozolimie. Mur na Zachodnim Brzegu jest nielegalny - zgodnie z wyrokiem Trybunału Międzynarodowego z 2005 roku - podobnie jak wszystkie osiedla izraelskie na Terytoriach Okupowanych. Są międzynarodowe konwencje określające, jak traktować ludność cywilną podczas walk zbrojnych albo jakie humanitarne względy powinny być zachowane podczas blokady morskiej.
Nie byłbym sobą, gdybym nie spytał - z czego ty żyjesz? Bo ja się zgadzam, że to jest nudne, tak siedzieć w redakcji i stukać w klawisze, ale jakbym pomyślał, że mam na własny koszt lecieć na Cypr i stamtąd się przedzierać do Gazy, to po pierwsze - boję się, a po drugie - nie stać mnie!
Toteż ja nie lecę na własny koszt - bilet mi daje organizacja. Jest wielu ludzi, którzy by chcieli pomóc, ale z różnych powodów nie mogą pojechać do Gazy, mogą nam przekazywać choćby niewielkie wsparcie przez paypal albo kartę kredytową na stronie freegaza.org. Pomagają nam różne organizacje, w tym izraelska lewica. Mamy kilkuset sponsorów, organizacje i osoby prywatne. A poza tym, jak już tam jestem, to różne redakcje chętnie mi płacą za korespondencję, bo jako wolontariusz docieram w miejsca, w które nie dotrze korespondent. Podczas mojego pobytu w Gazie sprzedałam trochę relacji do 'Guardiana' czy do 'Heralda', zarobiłam jakiś tysiąc funtów. A że nie mam męża, nie mam domu, nie mam dzieci - to nie mam też wydatków. Jestem więc tania w utrzymaniu!
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,7299141,Tania_w_utrzymaniu.html?as=1&ias=3&startsz=x
Etykiety:
Ewa Jasiewicz,
Gaza,
Irak,
Izrael,
Palestyna,
Voices in the Wilderness,
wolontariat,
WOMBLES
Kto naprawdę kogo pobił?
Antyfaszyści: Protestowaliśmy przeciw faszyzmowi na ulicach Warszawy. A policja zamiast nas chronić, brutalnie atakowała. Policja: To wy nas napadliście, my tylko osłanialiśmy legalną manifestację ONR.
W Święto Niepodległości przez Warszawę przemaszerowała zwarta grupa pół tysiąca radykalnych narodowców, skandując: "Narodowy socjalizm" i "Precz z żydowską okupacją". Pod pomnikiem Romana Dmowskiego wznieśli wyprostowane w hitlerowskim pozdrowieniu ręce. Trwa śledztwo, które ma ustalić, kto krzyczał i wykonywał faszystowskie gesty. Zarzutów jeszcze nie ma. Błyskawicznie policja poradziła sobie z przeciwnikami narodowców. Jeszcze tego samego dnia zatrzymała 14 osób. Części z nich wkrótce potem przedstawiła zarzuty napaści na policjantów.
- To chore. Ludzie, którzy sprzeciwiali się wykrzykującym faszystowskie hasła, byli przez policję bici, a potem poniżani na komisariacie - skarżą się protestujący.
I opowiadają, jak z ich strony wyglądały te wydarzenia.
No pasaran. Ul. Senatorska, godz. 14.40
Antyfaszyści spotykają się wczesnym popołudniem na pikiecie przy stacji metra Świętokrzyska. Zbiera się około 300 osób. - Chcemy Polski kolorowej, w której każdy zajmuje tyle miejsca, ile potrzebuje - mówi do zgromadzonej młodzieży Halina Bortnowska, katolicka publicystka.
W tym samym czasie na pl. Zamkowym do pochodu szykują się narodowcy. W deszczu mokną celtyckie krzyże. Ścieka woda ze skórzanych kurtek, z czarnych harringtonek, z łysych głów. Ktoś liczy - wychodzi ponad 500 uczestników. To członkowie Obozu Narodowo Radykalnego, Narodowego Odrodzenia Polski, Obozu Wielkiej Polski, Falangi i Zadrugi, neopoganie.
Oba zgromadzenia są legalne. Pochód narodowców ma niebawem przejść obok pikiety antyfaszystów. Ale tę coraz szczelniej otacza kordon policji. Funkcjonariusze starają się, aby antyfaszyści nie przedarli się do narodowców. Niektórym jednak udaje się wymknąć. Idą na odległą o kilkaset metrów ul. Senatorską.
Zbierają się tam ci, którzy chcą zablokować marsz ONR-u. Są "bojowi antyfaszyści" oraz antysystemowcy z Antifa Skins i Antifa Hools (powstrzymywanie narodowców w sposób inny niż siłowy uważają za słabość). Są też anarchiści, wolnościowcy, działacze społeczni, studenci.
Wśród nich jest Błażej, afrykanista, koordynator festiwali filmowych, a także anarchista Jakub. Wzdłuż ulicy w garniturze, eleganckim płaszczu i z parasolem w dłoni przechadza się Krzysztof Izdebski. Należy do grupy antyrepresyjnej. - Moje zadanie to sprawdzać, jak podczas manifestacji zachowuje się policja. To do mnie dzwonią osoby zatrzymane, więc sam nie mogę dać się zatrzymać i dlatego się tak ubieram - mówi.
120 osób. Czekają na sygnał.
Jakub: - Na dźwięk gwizdków ludzie rozbiegają się po ulicy. Rozciągają transparenty: "No pasaran. Faszyzm nie przejdzie". Bardzo szybko pojawia się policja.
Rafał: - Na miejsce dotarłem, gdy policjanci wzywali do rozejścia się.
Krzysztof Izdebski: - Nikt się nie ruszył. Ale po chwili podjechała karetka. Kiedy nasi chcieli ją przepuścić, ruszył na nich kobiecy oddział prewencji. Zaczęto spychać ich z ulicy.
Rafał: - Stałem w pierwszym szeregu. Trzymałem główny transparent - ciężki, długi na 15 m. Dookoła policjanci. Złapali mnie za nogi. Ktoś wrzasnął: "Pałką go, po rękach!". Bo ciągle trzymałem się transparentu.
Krzysztof Izdebski: - Puścił w końcu. Zawleczono go do radiowozu.
Policja bije! Ul. Niecała godz. 14.50
Niespodziewanie do antyfaszystów dociera wiadomość: marsz ONR zmienił trasę. Ludzie rozbiegają się. Ruszają w stronę parku Saskiego. Chcą przedrzeć się na Nowy Świat i tam zablokować narodowców.
Błażej: - Policja zaczęła zganiać nas jak bydło z powrotem w stronę Senatorskiej. Lali pałami i krzyczeli: "Spierdalać stąd!". Biegnąc, wpadłem na plecy dwójki ludzi - demonstranta i policjanta. Potłukłem się. "No to teraz masz wpierdol!" - usłyszałem od funkcjonariuszy. Przerażony próbowałem się wyrwać. "Policja bije!" - krzyknąłem. Zleciało się kilku fotoreporterów, wtedy odprowadzili mnie do radiowozu.
Krzysztof Izdebski: - Grupkę, której nie udało się uciec, policja zaczęła spychać w stronę ul. Niecałej. Policjanci byli brutalni. Potwierdził to w rozmowie dla Radia TOK FM Jan Gebert, który w czasie manifestacji przechodził - jak mówi przypadkowo - w pobliżu Teatru Narodowego i tam został zatrzymany przez policję: - Pod Teatrem Narodowym [czyli właśnie w okolicy ulic Senatorskiej i Niecałej] zatrzymał mnie oddział policji. Otoczono kilkanaście osób, potem się z tego zrobiło ok. 50. Dwie godziny trzymali nas na deszczu. Policjanci bili pałkami. Widziałem jak dziewczyna, na oko 17 lat, 1,5 m wzrostu, upadła. I policjant w średnim wieku, zamiast pomóc jej wstać, przygniótł ją i wykręcił jej ręce. Spytałem, jaka jest podstawa zatrzymania? Zero odpowiedzi. "Proszę o okazanie legitymacji służbowej". Zero odpowiedzi. Zapytałem innego: - Gdzie jest wasz przełożony? A on: - To ten, który siedzi na dziewczynie.
50 tys. odszkodowania. Ul. Nowy Świat, godz. 15.10
Piotrek przyjeżdża na rowerze na rondo de Gaulle'a. Widzi, jak przed zbliżającą się manifestację ONR wybiega 15-20 osób.
"Wyskoczyło trochę szczurów, którzy rzucali jakimś szkłem, ale jak zobaczyli, że narodowcy podbiegają, to zaczęli palić wrotki" - zrelacjonuje potem na forum nacjonalistycznym internauta "Ciunek". "A.W." na tym samym forum: "Poleciały: jedna butelka (taka duża masywna jak te wymienne na mleko w PRL) i metalowa reklama. Taka, jakie stoją przed sklepami".
Piotrek: - Nie widziałem, żeby ktoś czymś rzucał. Za to z tłumu narodowców wybiegli nagle jacyś ludzie.
Wśród nich łysy mężczyzna w dżinsach i skórzanej kurtce. Chwilę wcześniej szedł ramię w ramię z ONR-em. Teraz szarpie Piotrka i krzyczy: - Jestem z policji!
- On z policji? - dziwią się później antyfaszyści. Znają go z innych manifestacji narodowców. Na jednym ze starych zdjęć podnosi nawet rękę w hitlerowskim geście.
Policja też się dziwi. W komendzie nikt nie rozpoznaje mężczyzny na zdjęciu.
Piotrek: - W pewnym momencie ktoś mnie uderzył, popchnął. Złapał za głowę. Próbowałem się wyrwać. Byłem przekonany, że to tamci. I nagle ten głos: "Policja, jestem z policji!". Ktoś wykręcił mi rękę. "Jesteś pojebany, że atakujesz policjantów" usłyszałem od człowieka w cywilu. Straszył, że pójdę siedzieć na osiem lat, że zrobi mi jeszcze sprawę cywilną i zapłacę 50 tys. zł. Razem z innym zatrzymanym skuli nas kajdankami i wrzucili do białej, cywilnej furgonetki.
Policję będziecie atakować, gnoje! Plac Na Rozdrożu, godz. 15.25
Janek: - Kiedy dowiedzieliśmy się, że ONR idzie inną trasą, wyrwaliśmy się z pikiety przy metrze i pobiegliśmy w stronę pomnika Dmowskiego. Po drodze dołączali ci, który uciekli z Senatorskiej.
U wlotu Alei Szucha staje 30 osób. Marsz narodowców właśnie dochodzi do pomnika. Obie grupy dzieli jakieś 100 metrów, metalowe barierki, kilka pasów jezdni i kordon policji.
Michał: - W pewnym momencie ktoś zaczyna krzyczeć.
Ania: - To mój brat wyjął z plecaka megafon.
Janek: - Tak, to ja zacząłem skandować. "Faszyzm nie przejdzie!" i "Policja broni faszystów!". Od strony pochodu ruszyła na nas grupa facetów.
Ania: - Minęli mnie. Zobaczyłam tylko, jak jeden powala na ziemię mojego brata.
Janek: - Poczułem uderzenie w plecy. Padłem jak kłoda. Odwróciłem wzrok. Siedział na mnie jakiś brodacz i okładał mnie po głowie.
Michał: - Barczysty, krótko ostrzyżony mężczyzna z brodą ubrany w kraciastą koszulę, a może kraciastą bluzę? Prawą ręką bił w głowę przewróconego chłopaka. Drugą szarpał go za ramię.
Janek: - Tylko nie po twarzy - broniłem się. - Jestem z policji - warknął tamten. A moja siostra zaczęła krzyczeć: "Zostaw go!".
Ania: - Chciałam zasłonić brata. Wtedy dostałam pałką teleskopową w lewe udo.
Michał: - "Zobaczymy, co teraz będziesz krzyczała, kurwo" - rzucił któryś. Kątem oka zobaczyłem drugiego mężczyznę, prawie identycznego jak brodacz (krótkie włosy, broda, ubrany po cywilnemu), z rozwiniętą pałką teleskopową w ręce. Odskoczyłem widząc, że chce mnie uderzyć. Straciłem równowagę, dostałem kopa w brzuch. Zasłaniając głowę rękami, zawirowałem, i uderzyłem o drzewo. "Policję będziecie atakować, gnoje!" - krzyczeli jeszcze.
Ania: - Po chwili dobiegli policjanci w kaskach. Wykręcili mi rękę.
Janek: - Mnie, moją siostrę i jeszcze jednego chłopaka, (właśnie Michała, którego Janek i Ania wcześniej nie znali) wpakowano do cywilnego busa. Dopiero w środku wyjęli odznaki policyjne. - Jesteście zatrzymani - powiedzieli.
Zaraz znajdziemy ci chłopaka. Ul. Wilcza, komenda policji
Na ul. Wilczą 21 (Komenda Rejonowa Policji Warszawa I) zostaje przewiezionych 14 osób. Wśród nich jest Janek, jego siostra Ania oraz Michał, zwinięci w al. Szucha, Piotr przy Nowym Świecie, Rafał przy Senatorskiej i Błażej na Niecałej. Siedmiu innych chłopaków zatrzymano jeszcze przed blokadą na Senatorskiej, kiedy czekali w bramie. Powiedziano im, że są podejrzani o podłożenie ładunków wybuchowych. Przed kamienicą stał karton z napisem; "no pasaran". Kiedy policjant go rozciął, ze środka wysypały się kartki. Ale chłopaków i tak zabrano na komisariat. Przeszukano ich mieszkania. A paczki zbadali saperzy.
Na drodze przemarszu narodowców znaleziono cztery paczki z napisem; "no pasaran". To one zmusiły narodowców do zmiany trasy. - Nikt w środowisku antyfaszystowskim do podłożenia tych paczek się nie przyznał - mówi Krzysztof Izdebski.
Ania: - W czasie rewizji osobistej zabrano mi biustonosz i skarpetki. Po konsultacji z przełożonym pozwolono mi zatrzymać majtki. Przeszukania odbywały się w toalecie, podłoga lepiła się od błota. Poprosiłam o kartki, na których mogłabym stanąć bosymi stopami.
Piotrek: - Kazali mi klęczeć na ziemi. Zjawił się jakiś porucznik. Kiedy powiedzieli mu, że napadłem na policjantów, uderzył mnie w twarz.
Rafał: - Jeden z funkcjonariuszy zapytał policjantkę, z którą przyjechałem, czy widziała, żebym agresywnie zachowywał się wobec policjantów. Stwierdziła, że "osobiście nie widziała". Potem jednak ta kobieta była świadkiem w sprawie o naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza.
- Dopiero kiedy dali nam protokół do podpisania, dowiedzieliśmy się, o co nas oskarżają - twierdzą zatrzymani. Art. 222 kodeksu karnego. Naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza.
Janek: - Absurd! Kiedy nie chciałem podpisać protokołu, jeden z nich się wydarł. "Podpisuj, bo zaraz ci wyjebię". Jeden z policjantów chwalił się, że był kiedyś członkiem NOP-u [Narodowe Odrodzenie Polski].
Piotrek: - Inny mówił, że to dobrze, że taki marsz ONR się odbył, bo on nienawidzi Żydów.
Ania: - Protokoły zatrzymania były wypełniane na zmianę przez kilku policjantów. Wychodzili z pomieszczenia i konsultowali między sobą zapiski.
Rafał: - Osoba, która spisywała protokół, okazała się być tą samą, która rzekomo została przeze mnie poszkodowana.
Piotrek: - "Jak jesteś taki odważy, to chodź, będziemy się napierdalać sam na sam" - zaproponował policjant, który mnie zatrzymał.
Ania: - "Zaraz znajdziemy ci chłopaka" - usłyszałam.
Piotrek: - "Jak będziesz miał wątpliwości, to ja wiem, co robić" - powiedział policjant, który mnie zatrzymał, kierując broń w moją stronę.
Błażej: - Dwóm osobom wmawiano, że nie ma możliwości powiadomienia prawnika. Próbowałem oponować. "Chyba cię pojebało! Naoglądałeś się amerykańskich filmów!" - wrzeszczeli.
Wszyscy zatrzymani antyfaszyści podkreślają, że byli przesłuchiwani w mokrych ubraniach (tego dnia mocno padało). Policjanci nie pozwolili im wysuszyć odzieży, nie dali ubrań zastępczych.
Rafał: - Mnie udało się przebrać. Miałem suche ubrania w plecaku: czarną koszulę bez rękawków i spodnie moro. Potem poszedłem na spisywanie protokołu i rozpoznanie. I po czym mnie rozpoznano? Oczywiście po ubraniach, które miałem już przecież inne. I tatuażach, które podczas manifestacji szczelnie przykrywała kurtka.
To jeszcze nie koniec
Sześcioro podejrzanych (Ania, Janek, Piotrek, Błażej, Rafał i Michał) złożyło już zażalenia na bezprawne, ich zdaniem, zatrzymanie. Skargi na zachowanie policji szykuje jeszcze kilkanaście kolejnych uczestników protestu. Do komendanta stołecznego dotarła na razie jedna. Bada ją wydział kontroli KSP.
Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione
http://wyborcza.pl/1,76842,7307760,Kto_naprawde_kogo_pobil_.html?as=1&ias=3&startsz=x
W Święto Niepodległości przez Warszawę przemaszerowała zwarta grupa pół tysiąca radykalnych narodowców, skandując: "Narodowy socjalizm" i "Precz z żydowską okupacją". Pod pomnikiem Romana Dmowskiego wznieśli wyprostowane w hitlerowskim pozdrowieniu ręce. Trwa śledztwo, które ma ustalić, kto krzyczał i wykonywał faszystowskie gesty. Zarzutów jeszcze nie ma. Błyskawicznie policja poradziła sobie z przeciwnikami narodowców. Jeszcze tego samego dnia zatrzymała 14 osób. Części z nich wkrótce potem przedstawiła zarzuty napaści na policjantów.
- To chore. Ludzie, którzy sprzeciwiali się wykrzykującym faszystowskie hasła, byli przez policję bici, a potem poniżani na komisariacie - skarżą się protestujący.
I opowiadają, jak z ich strony wyglądały te wydarzenia.
No pasaran. Ul. Senatorska, godz. 14.40
Antyfaszyści spotykają się wczesnym popołudniem na pikiecie przy stacji metra Świętokrzyska. Zbiera się około 300 osób. - Chcemy Polski kolorowej, w której każdy zajmuje tyle miejsca, ile potrzebuje - mówi do zgromadzonej młodzieży Halina Bortnowska, katolicka publicystka.
W tym samym czasie na pl. Zamkowym do pochodu szykują się narodowcy. W deszczu mokną celtyckie krzyże. Ścieka woda ze skórzanych kurtek, z czarnych harringtonek, z łysych głów. Ktoś liczy - wychodzi ponad 500 uczestników. To członkowie Obozu Narodowo Radykalnego, Narodowego Odrodzenia Polski, Obozu Wielkiej Polski, Falangi i Zadrugi, neopoganie.
Oba zgromadzenia są legalne. Pochód narodowców ma niebawem przejść obok pikiety antyfaszystów. Ale tę coraz szczelniej otacza kordon policji. Funkcjonariusze starają się, aby antyfaszyści nie przedarli się do narodowców. Niektórym jednak udaje się wymknąć. Idą na odległą o kilkaset metrów ul. Senatorską.
Zbierają się tam ci, którzy chcą zablokować marsz ONR-u. Są "bojowi antyfaszyści" oraz antysystemowcy z Antifa Skins i Antifa Hools (powstrzymywanie narodowców w sposób inny niż siłowy uważają za słabość). Są też anarchiści, wolnościowcy, działacze społeczni, studenci.
Wśród nich jest Błażej, afrykanista, koordynator festiwali filmowych, a także anarchista Jakub. Wzdłuż ulicy w garniturze, eleganckim płaszczu i z parasolem w dłoni przechadza się Krzysztof Izdebski. Należy do grupy antyrepresyjnej. - Moje zadanie to sprawdzać, jak podczas manifestacji zachowuje się policja. To do mnie dzwonią osoby zatrzymane, więc sam nie mogę dać się zatrzymać i dlatego się tak ubieram - mówi.
120 osób. Czekają na sygnał.
Jakub: - Na dźwięk gwizdków ludzie rozbiegają się po ulicy. Rozciągają transparenty: "No pasaran. Faszyzm nie przejdzie". Bardzo szybko pojawia się policja.
Rafał: - Na miejsce dotarłem, gdy policjanci wzywali do rozejścia się.
Krzysztof Izdebski: - Nikt się nie ruszył. Ale po chwili podjechała karetka. Kiedy nasi chcieli ją przepuścić, ruszył na nich kobiecy oddział prewencji. Zaczęto spychać ich z ulicy.
Rafał: - Stałem w pierwszym szeregu. Trzymałem główny transparent - ciężki, długi na 15 m. Dookoła policjanci. Złapali mnie za nogi. Ktoś wrzasnął: "Pałką go, po rękach!". Bo ciągle trzymałem się transparentu.
Krzysztof Izdebski: - Puścił w końcu. Zawleczono go do radiowozu.
Policja bije! Ul. Niecała godz. 14.50
Niespodziewanie do antyfaszystów dociera wiadomość: marsz ONR zmienił trasę. Ludzie rozbiegają się. Ruszają w stronę parku Saskiego. Chcą przedrzeć się na Nowy Świat i tam zablokować narodowców.
Błażej: - Policja zaczęła zganiać nas jak bydło z powrotem w stronę Senatorskiej. Lali pałami i krzyczeli: "Spierdalać stąd!". Biegnąc, wpadłem na plecy dwójki ludzi - demonstranta i policjanta. Potłukłem się. "No to teraz masz wpierdol!" - usłyszałem od funkcjonariuszy. Przerażony próbowałem się wyrwać. "Policja bije!" - krzyknąłem. Zleciało się kilku fotoreporterów, wtedy odprowadzili mnie do radiowozu.
Krzysztof Izdebski: - Grupkę, której nie udało się uciec, policja zaczęła spychać w stronę ul. Niecałej. Policjanci byli brutalni. Potwierdził to w rozmowie dla Radia TOK FM Jan Gebert, który w czasie manifestacji przechodził - jak mówi przypadkowo - w pobliżu Teatru Narodowego i tam został zatrzymany przez policję: - Pod Teatrem Narodowym [czyli właśnie w okolicy ulic Senatorskiej i Niecałej] zatrzymał mnie oddział policji. Otoczono kilkanaście osób, potem się z tego zrobiło ok. 50. Dwie godziny trzymali nas na deszczu. Policjanci bili pałkami. Widziałem jak dziewczyna, na oko 17 lat, 1,5 m wzrostu, upadła. I policjant w średnim wieku, zamiast pomóc jej wstać, przygniótł ją i wykręcił jej ręce. Spytałem, jaka jest podstawa zatrzymania? Zero odpowiedzi. "Proszę o okazanie legitymacji służbowej". Zero odpowiedzi. Zapytałem innego: - Gdzie jest wasz przełożony? A on: - To ten, który siedzi na dziewczynie.
50 tys. odszkodowania. Ul. Nowy Świat, godz. 15.10
Piotrek przyjeżdża na rowerze na rondo de Gaulle'a. Widzi, jak przed zbliżającą się manifestację ONR wybiega 15-20 osób.
"Wyskoczyło trochę szczurów, którzy rzucali jakimś szkłem, ale jak zobaczyli, że narodowcy podbiegają, to zaczęli palić wrotki" - zrelacjonuje potem na forum nacjonalistycznym internauta "Ciunek". "A.W." na tym samym forum: "Poleciały: jedna butelka (taka duża masywna jak te wymienne na mleko w PRL) i metalowa reklama. Taka, jakie stoją przed sklepami".
Piotrek: - Nie widziałem, żeby ktoś czymś rzucał. Za to z tłumu narodowców wybiegli nagle jacyś ludzie.
Wśród nich łysy mężczyzna w dżinsach i skórzanej kurtce. Chwilę wcześniej szedł ramię w ramię z ONR-em. Teraz szarpie Piotrka i krzyczy: - Jestem z policji!
- On z policji? - dziwią się później antyfaszyści. Znają go z innych manifestacji narodowców. Na jednym ze starych zdjęć podnosi nawet rękę w hitlerowskim geście.
Policja też się dziwi. W komendzie nikt nie rozpoznaje mężczyzny na zdjęciu.
Piotrek: - W pewnym momencie ktoś mnie uderzył, popchnął. Złapał za głowę. Próbowałem się wyrwać. Byłem przekonany, że to tamci. I nagle ten głos: "Policja, jestem z policji!". Ktoś wykręcił mi rękę. "Jesteś pojebany, że atakujesz policjantów" usłyszałem od człowieka w cywilu. Straszył, że pójdę siedzieć na osiem lat, że zrobi mi jeszcze sprawę cywilną i zapłacę 50 tys. zł. Razem z innym zatrzymanym skuli nas kajdankami i wrzucili do białej, cywilnej furgonetki.
Policję będziecie atakować, gnoje! Plac Na Rozdrożu, godz. 15.25
Janek: - Kiedy dowiedzieliśmy się, że ONR idzie inną trasą, wyrwaliśmy się z pikiety przy metrze i pobiegliśmy w stronę pomnika Dmowskiego. Po drodze dołączali ci, który uciekli z Senatorskiej.
U wlotu Alei Szucha staje 30 osób. Marsz narodowców właśnie dochodzi do pomnika. Obie grupy dzieli jakieś 100 metrów, metalowe barierki, kilka pasów jezdni i kordon policji.
Michał: - W pewnym momencie ktoś zaczyna krzyczeć.
Ania: - To mój brat wyjął z plecaka megafon.
Janek: - Tak, to ja zacząłem skandować. "Faszyzm nie przejdzie!" i "Policja broni faszystów!". Od strony pochodu ruszyła na nas grupa facetów.
Ania: - Minęli mnie. Zobaczyłam tylko, jak jeden powala na ziemię mojego brata.
Janek: - Poczułem uderzenie w plecy. Padłem jak kłoda. Odwróciłem wzrok. Siedział na mnie jakiś brodacz i okładał mnie po głowie.
Michał: - Barczysty, krótko ostrzyżony mężczyzna z brodą ubrany w kraciastą koszulę, a może kraciastą bluzę? Prawą ręką bił w głowę przewróconego chłopaka. Drugą szarpał go za ramię.
Janek: - Tylko nie po twarzy - broniłem się. - Jestem z policji - warknął tamten. A moja siostra zaczęła krzyczeć: "Zostaw go!".
Ania: - Chciałam zasłonić brata. Wtedy dostałam pałką teleskopową w lewe udo.
Michał: - "Zobaczymy, co teraz będziesz krzyczała, kurwo" - rzucił któryś. Kątem oka zobaczyłem drugiego mężczyznę, prawie identycznego jak brodacz (krótkie włosy, broda, ubrany po cywilnemu), z rozwiniętą pałką teleskopową w ręce. Odskoczyłem widząc, że chce mnie uderzyć. Straciłem równowagę, dostałem kopa w brzuch. Zasłaniając głowę rękami, zawirowałem, i uderzyłem o drzewo. "Policję będziecie atakować, gnoje!" - krzyczeli jeszcze.
Ania: - Po chwili dobiegli policjanci w kaskach. Wykręcili mi rękę.
Janek: - Mnie, moją siostrę i jeszcze jednego chłopaka, (właśnie Michała, którego Janek i Ania wcześniej nie znali) wpakowano do cywilnego busa. Dopiero w środku wyjęli odznaki policyjne. - Jesteście zatrzymani - powiedzieli.
Zaraz znajdziemy ci chłopaka. Ul. Wilcza, komenda policji
Na ul. Wilczą 21 (Komenda Rejonowa Policji Warszawa I) zostaje przewiezionych 14 osób. Wśród nich jest Janek, jego siostra Ania oraz Michał, zwinięci w al. Szucha, Piotr przy Nowym Świecie, Rafał przy Senatorskiej i Błażej na Niecałej. Siedmiu innych chłopaków zatrzymano jeszcze przed blokadą na Senatorskiej, kiedy czekali w bramie. Powiedziano im, że są podejrzani o podłożenie ładunków wybuchowych. Przed kamienicą stał karton z napisem; "no pasaran". Kiedy policjant go rozciął, ze środka wysypały się kartki. Ale chłopaków i tak zabrano na komisariat. Przeszukano ich mieszkania. A paczki zbadali saperzy.
Na drodze przemarszu narodowców znaleziono cztery paczki z napisem; "no pasaran". To one zmusiły narodowców do zmiany trasy. - Nikt w środowisku antyfaszystowskim do podłożenia tych paczek się nie przyznał - mówi Krzysztof Izdebski.
Ania: - W czasie rewizji osobistej zabrano mi biustonosz i skarpetki. Po konsultacji z przełożonym pozwolono mi zatrzymać majtki. Przeszukania odbywały się w toalecie, podłoga lepiła się od błota. Poprosiłam o kartki, na których mogłabym stanąć bosymi stopami.
Piotrek: - Kazali mi klęczeć na ziemi. Zjawił się jakiś porucznik. Kiedy powiedzieli mu, że napadłem na policjantów, uderzył mnie w twarz.
Rafał: - Jeden z funkcjonariuszy zapytał policjantkę, z którą przyjechałem, czy widziała, żebym agresywnie zachowywał się wobec policjantów. Stwierdziła, że "osobiście nie widziała". Potem jednak ta kobieta była świadkiem w sprawie o naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza.
- Dopiero kiedy dali nam protokół do podpisania, dowiedzieliśmy się, o co nas oskarżają - twierdzą zatrzymani. Art. 222 kodeksu karnego. Naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza.
Janek: - Absurd! Kiedy nie chciałem podpisać protokołu, jeden z nich się wydarł. "Podpisuj, bo zaraz ci wyjebię". Jeden z policjantów chwalił się, że był kiedyś członkiem NOP-u [Narodowe Odrodzenie Polski].
Piotrek: - Inny mówił, że to dobrze, że taki marsz ONR się odbył, bo on nienawidzi Żydów.
Ania: - Protokoły zatrzymania były wypełniane na zmianę przez kilku policjantów. Wychodzili z pomieszczenia i konsultowali między sobą zapiski.
Rafał: - Osoba, która spisywała protokół, okazała się być tą samą, która rzekomo została przeze mnie poszkodowana.
Piotrek: - "Jak jesteś taki odważy, to chodź, będziemy się napierdalać sam na sam" - zaproponował policjant, który mnie zatrzymał.
Ania: - "Zaraz znajdziemy ci chłopaka" - usłyszałam.
Piotrek: - "Jak będziesz miał wątpliwości, to ja wiem, co robić" - powiedział policjant, który mnie zatrzymał, kierując broń w moją stronę.
Błażej: - Dwóm osobom wmawiano, że nie ma możliwości powiadomienia prawnika. Próbowałem oponować. "Chyba cię pojebało! Naoglądałeś się amerykańskich filmów!" - wrzeszczeli.
Wszyscy zatrzymani antyfaszyści podkreślają, że byli przesłuchiwani w mokrych ubraniach (tego dnia mocno padało). Policjanci nie pozwolili im wysuszyć odzieży, nie dali ubrań zastępczych.
Rafał: - Mnie udało się przebrać. Miałem suche ubrania w plecaku: czarną koszulę bez rękawków i spodnie moro. Potem poszedłem na spisywanie protokołu i rozpoznanie. I po czym mnie rozpoznano? Oczywiście po ubraniach, które miałem już przecież inne. I tatuażach, które podczas manifestacji szczelnie przykrywała kurtka.
To jeszcze nie koniec
Sześcioro podejrzanych (Ania, Janek, Piotrek, Błażej, Rafał i Michał) złożyło już zażalenia na bezprawne, ich zdaniem, zatrzymanie. Skargi na zachowanie policji szykuje jeszcze kilkanaście kolejnych uczestników protestu. Do komendanta stołecznego dotarła na razie jedna. Bada ją wydział kontroli KSP.
Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione
http://wyborcza.pl/1,76842,7307760,Kto_naprawde_kogo_pobil_.html?as=1&ias=3&startsz=x
Subskrybuj:
Posty (Atom)
